Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubione. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubione. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 września 2017

Kryminały i thrillery warte uwagi cz. 2

Witam!

   Pragnę ogłosić wszem i wobec, że przez te dwa tygodnie się ani trochę nie obijałam, tylko dzielnie pracowałam i czytałam, więc proszę na mnie nie krzyczeć. Przychodzę z drugą częścią cyklu o kryminałach, thrillerach i sensacji, które, według mnie, z jakiegoś powodu zasługują na uwagę. Jako, iż dwójka to moja ulubiona cyfra, a komedie kryminalne to mój ulubiony gatunek literacki, postanowiłam połączyć te dwie rzeczy ze sobą. Do pełni szczęścia brakuje jeszcze tylko pizzy z brokułami i mozzarellą, bo kawę właśnie wypiłam. Ale do rzeczy:


1. Joanna Chmielewska "Całe zdanie nieboszczyka".

   Od kogo innego mogłabym zacząć, jak nie od niekwestionowanej mistrzyni gatunku? W dodatku, od czego innego, jak nie od ukochanej książki!?
 Niniejsza powieść miała na mnie ogromny wpływ. Wpływ ten zaowocował podniesieniem się moich ocen z języka niemieckiego w trzeciej klasie gimnazjum, gdyż właśnie wtedy ową powieść czytałam po raz pierwszy. Po lekturze dostałam takiej motywacji do nauki języków obcych, jak jeszcze nigdy. Bo przecież powszechnie wiadomo, że jeśli mnie porwą i wywiozą do Brazylii, to muszę znać jak najwięcej języków, aby rozumieć porywaczy i móc wymyślić dzięki temu drogę ucieczki. Jak Joanna. W zasadzie, to w literaturze nie istnieje postać, która wywarłaby na mnie większy wpływ niż właśnie ta. Ewentualnie jeszcze Hercules Poirot, ale na trochę innych zasadach i jednak słabiej. Wróćmy jednak do książki, w której akcja pędzi jak rollercoaster. Jedyne, co mogę powiedzieć to to, że mamy tu hazard, morderstwo, porwanie, balansowanie między Brazylią, Danią, Francją a Polską, mamy ucieczkę, śledztwo, zdradę, niebanalne pomysły Joanny, wszystkie możliwe emocje i dzikie salwy śmiechu. Typowy kryminał? O nie! To coś niesamowitego. I nieprzewidywalnego.
   Zawsze, gdy mam zły humor lub mam gorszy okres w życiu, wracam do tej powieści. A najczęściej do jednej z końcowych scen z tłuczkiem. Od razu świat staje się łatwiejszy i piękniejszy. I twarz boli mnie ze śmiechu tak, jakbym rzeczywiście tym tłuczkiem oberwała.


2. Alek Rogoziński "Jak Cię zabić, kochanie?"

  O tym Panu słyszałam bardzo dużo, jednak nie miałam wcześniej styczności z jego twórczością. Niedawno odbył się trzecia edycja Poznańskiego Festiwalu Kryminałów GRANDA, na który się oczywiście ponownie wybrałam, a ów Pan figurował na liście gości, więc niegrzecznie by było pojawić się tam bez znajomości książek, czyż nie? Sięgnęłam więc po jedną, potem drugą i... przepadłam. Opowiem zatem o pierwszej z nich, bo jest fenomenalna!
  Nad Kasią Donek wisi spadek pod postacią milionów lub nawet miliardów dolarów po babci z Ameryki, jednak jedynym warunkiem, aby go objąć jest sprawienie sobie potomka wraz ze zdradzającym ją mężem w ciągu 5 lat od śmierci staruszki. Na początku bardzo się starali, nie wychodziło, potem zaczęli się od siebie odsuwać i zaczęło się robić nieciekawie. Do końca terminu zostało tylko 10 miesięcy, a gdy im się nie uda, pieniądze ma dostać polska parafia w Ameryce, którą starsza pani bardzo wspierała. Cóż zatem począć!? W sumie... jak to co? Trzeba zamordować męża! Problem jest jednak taki, że ów szanowny małżonek wpadł na identyczny pomysł... Jak łatwo się domyślić, obydwoje zawzięcie polują na siebie. Żeby było weselej, parę innych osób, z fałszywymi zakonnicami i mafiozem na czele, także bardzo chce się ich pozbyć z tego świata, każde w innym celu. Jedna, wielka komedia pomyłek, każdy każdemu wchodzi w paradę i bawi do łez. Powieść pochłonęłam błyskawicznie, napłakałam się ze śmiechu i zgorszyłam ludzi w środkach komunikacji, wybuchając tymże szaleńczym śmiechem w środkach komunikacji miejskiej oraz pracy. W pracy gorszyli się nieco mniej, gdyż pracuję w księgarni gdzie zawsze jest wesoło, ale jednak się gorszyli. Byłam za to dla klientów żywym dowodem, że ta książka jest fenomenalna i koniecznie muszą ją kupić. I kupili! Wracając jednak do treści, najbardziej podobały mi się ciągłe zwroty akcji, niebanalne postacie i mistrzowskie dialogi. Jestem zachwycona i nic na to nie poradzę. Stojąc w kolejce po autograf na moim niedawno nabytym egzemplarzu, byłam gotowa piszczeć jak typowa czternastolatka widząca swoich idoli, choć teoretycznie już mi nie wypada. Ale kto by się tym przejmował?
  Bardzo liczę na jakąkolwiek kontynuację losów rodziny Donków, z panią Basieńką i jej powidłami z mirabelek na czele. Mogą się znów mordować, a potem ratować cudze zwłoki, zamiast je dobijać, byleby w podobnym składzie i z podobną liczbą wybuchów.


3. Olga Rudnicka "Życie na wynos"

  Jest to kontynuacja "Granat poproszę", które było bardzo fajne, ale bardziej komediowo-obyczajowe (choć trochę nie mój humor) z wątkiem sensacyjnym, aniżeli kryminalne, niemniej jednak bardzo mi się podobało. Za to kolejna część jest już naprawdę świetna, a nie tylko bardzo fajna! Tu rzeczywiście mamy komedię kryminalną, od samego początku, gdyż Emilia Przecinek, roztargniona pisarka romansów, a zarazem główna bohaterka, znajduje w piwnicy trupa. Dwa razy, w dodatku tego samego! I sama niemalże obok pada trupem, obok, dla towarzystwa nóg w spodniach od garnituru i skórzanych butach. Okazuje się, że przy omdleniu uderzyła w coś głową i nie dość, że ma wstrząs mózgu, to jeszcze amnezję. Kompletnie nie pamięta nic, poza tymi nogami. Jakoś ciężko jej wyobrazić sobie, że to cały człowiek jest martwy, a nie tylko te nogi... Jednak tutaj jeszcze nie koniec rewelacji! Wcześniej teściowa Emilii, Jadwiga, łamię nogę, co unieruchamia ją na wózku inwalidzkim na kilka tygodni. Ale przecież dla dwóch staruszek to żadna przeszkoda i bez skrępowania bawią się w osiedlowy monitoring, co z czasem, wbrew pozorom, okazuje się bardzo przydatne policji. Te dwie harpie przecież widzą wszystko... Pojawia się nawiązanie do jednej z moich ukochanych książek Chmielewskiej "Wszyscy jesteśmy podejrzani". Rzeczywiście wszyscy byli. A w szczególności Wieśka. Na domiar złego, oczywiście morderca zabrał dokumenty swojej ofiary, czego efektem była bardzo długa nieznajomość personaliów denata. Ale czy to zniechęciło dwójkę funkcjonariuszy- Magdalenę Rzepkę aka Kolanko oraz Damiana Żurkowskiego, który uparcie nie chciał być strażakiem? Bynajmniej! Domyśliłam się, kto był mordercą, ale to raczej nie było trudne. Podejrzewałam go od momentu, w którym tylko poznałam jego powiązania rodzinne. Niemniej, brawa dla pani Olgi za stworzenie tak genialnych postaci. Muszę przyznać, że sama często czuję się Kropką, choć nie ukrywam, że roztargnienie i wyobraźnię mam raczej Emilii. Ot, taka bardzo rozsądna, poukładana i roztargniona hybryda ich obydwu. I bardzo dobrze się z tym czuję. Mistrzostwem świata są te słynne harpie i pterodaktyle- Adela i Jadwiga, najoryginalniejsze staruszki w kryminałach! Pod tym względem, to nawet panna Marple się chowa, jedynie Klementyna Kopp dorównuje bez problemu, choć zupełnie inaczej. Nie mogę się doczekać kolejnej części, bo jedna rzecz bardzo mi się nie podoba, a mianowicie zakończenie. Pani Olgo, tak się nie robi! Nie można tak kończyć książek, bo potem ktoś taki jak ja finalizuje czytanie o wpół do 4 rano i spać później nie może, bo ciąg dalszy nie daje mu spokoju...

4. Joanna Chmielewska "Wszystko czerwone"

  Tak, kolejna Chmielewska w tym zestawieniu, ale tego się przecież wszyscy spodziewali. I wszyscy spodziewali się tu również mojej kolejnej ulubionej książki Mistrzyni. We "Wszystko czerwone" przenosimy się z akcją do Danii, do malowniczej miejscowości Allerode, do domu najlepszej przyjaciółki Joanny- Alicji, trafiamy w samo centrum wielkiego zjazdu wszystkich możliwych ludzi i... morderstwa. W iście upiornej scenerii: wielki dom, taras, stół z jedzeniem, ludzie dookoła i czerwona lampa, dająca szkarłatny blask tylko na nogi, poniżej kolan... Zwrot "wszystko czerwone" będzie się pojawiał jeszcze wiele razy. I trupy. Ale takie, nie do końca martwe, a co. Morderca dybie na Alicję, a Alicja ma się świetnie! Wiele razy płakałam ze śmiechu i nadal płaczę, ilekroć otwieram tę powieść. Mój absolutny numer jeden, to pan Muldgaard, duński policjant, z polskimi korzeniami, mówiący po polsku ze swoją własną, autorską gramatyką i sformułowaniami iście staropolskimi. Mój ulubieniec: "Pan podrapano na głowa i pani Biała Glista ja takoż proszę won!". Miód na uszy! Szczerze się przyznam, że za pierwszym razem nie odgadłam mordercy. Za kolejnym to już inna sprawa, bo znałam całą akcję, teraz to wręcz na pamięć, więc to się już nie liczy. Ale za pierwszym razem... hohoho, mistrzostwo świata! Jedna z najlepszych książek Chmielewskiej.

5. Marta Obuch "Łopatą do serca"

   Moje pierwsze spotkanie z tą autorką, odbyło się poprzez opowiadanie zawarte w książce "Księgarenka przy ulicy Wiśniowej". Opowiadanie było świetne, zatem oczywiste było to, że muszę szybko sięgnąć po książkę tejże Pani. I sięgnęłam. Dopiero jednak na początku lektury zorientowałam się, że wcześniej wspomniane opowiadanie, było kontynuacją powieści, którą zaczęłam czytać... Cóż, mówi się trudno i żyje dalej. "Łopatą do serca" okazało się być naprawdę dobre, zabawne i zaskakujące. Główna bohaterka, Misia, dowiaduje się, że jej mąż trafił do aresztu, bo w tajemnicy przed nią trząsł świadkiem przestępczym, jako mafiozo. Żeby tego było mało, wprowadza się do niej "prawa ręka" jej męża, Igła. Misia kilka razy przez przypadek tłucze go łopatą lub młotkiem, jej przyjaciółka Zuza ratuje przypalone garnki, komisarz Marchewka robi do niej maślane oczy, jeżdżą po całym Śląsku, a dookoła szaleje diamentowa afera! Ciężko było mi przewidzieć, co zdarzy się na kolejnej stronie. Wiele zabawnych dialogów, zwrotów akcji i świetnych postaci. Muszę przyznać, że od samego początku Igła był moim ulubieńcem, choć cała reszta również została bardzo dobrze skonstruowana. Rewelacyjny pomysł na fabułę, a fragment z zezowatym słońcem- mistrzostwo świata! Na swoje nieszczęście, dotarłam do tego momentu jakoś w okolicach drugiej w nocy, więc jak ryknęłam śmiechem, to pobudziłam wszystkich domowników. Ale warto było!


Tym oto sposobem, dobrnęliśmy do końca. Niedługo pojawi się kolejna część, kto wie, może tym razem padnie na kryminały retro?

wtorek, 12 września 2017

Szatan z siódmej klasy

    W podstawówce byłam jeszcze na takim etapie życia, że rzadko sama z siebie sięgałam po jakąś książkę, czego do dzisiaj bardzo żałuję. Lektury jednak musiały być czytane, choć oczywiście, nie okłamujmy się, nie wszystkie. "Szatan..." należał do tych przeczytanych, a następnie nawet obejrzanych. I pokochanych. Czytałam go tylko raz, w piątej klasie i przez te wszystkie lata bardzo pragnęłam mieć swój egzemplarz, aby zatopić się w niego na nowo. I w lipcu tego roku nie dość, że się w takowy zaopatrzyłam, to jeszcze natychmiast pochłonęłam i zakochałam się na nowo, jeszcze bardziej.
   Jako osoba jeszcze młoda ale już dorosła, z wyrobioną opinią o świecie, szczerze przyznaję, że jest to jedna z najbardziej wartościowych książek, jakie przeczytałam w życiu, jednocześnie jedna z najpiękniej napisanych. Od wielu lat zachwycam się pięknem języka polskiego, ale międzywojenna polszczyzna to coś... coś wybitnego. Jest w niej magia, poetyka i tak niesamowite elegancja, że aż mi dech zapiera. Pan Kornel Makuszyński trafił w moją wymagającą, językową estetykę, jakby rzucał lotkami w samą 10 na tarczy. Chłonęłam każde słowo, każde zdanie z zachwytem i delektowałam się nimi. Treść, bardzo przyjemna i miejscami także zabawna, jeszcze bardziej to potęgowała. Najbardziej jednak urzekło mnie w tej powieści to, w jaki sposób na mnie, jako czytelnika, działała, mimo upływu 90 lat, odkąd została wydana. W swoim życiu czytałam wiele kryminałów i thrillerów oraz powieści detektywistycznych. Lepszych, gorszych, mocniejszych i słabszych. Głównie współczesnych. A mimo to, mając w rękach powieść Makuszyńskiego i przejeżdżając wzrokiem po tekście, czułam dreszcz emocji i to przyjemne napięcie. Minęło 90 lat, a nic się pod tym względem nie zmieniło, choć zmieniły się wszystkie inne względy. Jak dla mnie, tylko geniusze potrafią takie zabiegi, a ów autor niezaprzeczalnie nim był. Czytałam głównie w pracy (bo jako, że pracuję w księgarni, to gdy nie ma ruchu, to wręcz moim obowiązkiem jest czytać, aby potem dobrze doradzać) i chwilami całkowicie się wyłączałam z rzeczywistości. Był taki moment, gdy zostałam już sama, na wieczornej zmianie, nie było klientów, zatem usiadłam wygodnie na niskiej drabince i zatopiłam się w lekturze: Adam skrada się w ciemnościach do bandyty, aby mu się przyjrzeć i zajść od tyłu, czołga się po bagnistym terenie, przerażona panna Wanda czeka w krzakach, aby w razie czego wezwać pomoc. Adaś jest coraz bliżej celu, jeszcze tylko trochę... Ale bandzior jest szybszy i uderza go czymś w głowę, a Adam traci przytomność, Wanda krzyczy, zbir ucieka...! I w tym momencie pewien klient położył mi rękę na ramieniu, aby mnie o coś zapytać, a ja z wrażenia aż zleciałam z tej drabinki i dłuższą chwilę zajęło mi zrozumienie, co się właśnie stało. Starszy pan spojrzał tylko na mnie rozbawiony, pokiwał głową i powiedział, że gdy w młodości czytał "Szatana..." to reagował podobnie, gdy mama wołała go na obiad. Ufff. Sojusznik.
  Powieść przedstawia nam, czytelnikom, wspaniały obraz szczerej, bezgranicznej przyjaźni i oddania między tymi młodymi mężczyznami. Padają wyznania miłości, nieraz i nie dwa któryś kolega mówi Adasiowi, że go bardzo kocha. A najpiękniejsze jest to, że nie ma w tym żadnych podtekstów, jedynie ciepło, zaufanie i zwykła szczerość. Miłość braterska, szlachetna. Czysta. Przez całą treść towarzyszył mi bardzo nostalgiczny nastrój. Te czasy, gdy takie relacje były na porządku dziennym, mięły bezpowrotnie. Nie było mi dane ich poznać, zobaczyć, doświadczyć. Nie mówię, że przyjaźnie zawierane w aktualnych czasach są nieszczere (choć i takie się zdarzają), tylko po prostu przykro mi z powodu takiego obrotu spraw. Gdyby teraz młody chłopak powiedział koledze z ławki, że go kocha, tamten i cała reszta wzięliby go za geja i najprawdopodobniej skończyłoby się szykanowaniem i gnębieniem biedaka, który po prostu chciał powiedzieć przyjacielowi, że jest dla niego jak brat. Dużo i długo myślałam nad tym wszystkim, co niesie ze sobą ta książka, jaki ma wydźwięk dzisiaj, a jaki miał przez te 90 lat. Dzisiaj, znajomość historii XX wieku powoduje pewne refleksje. Akcja odgrywa się w roku 1937, czyli na dwa lata przed wybuchem drugiej wojny światowej. Kończy się szczęśliwie, ale... ale nachodzi mnie natarczywa myśl. Jak poradziliby sobie bohaterowie, gdyby istnieli naprawdę? Czy wszyscy przeżyliby wojnę? Walczyliby czy uciekali... a może stanęliby po stronie wroga? Czy uczucie Wandy i Adasia przetrwałoby wojnę...? Nie wiem. Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Wiem za to jedno: "Szatan z siódmej klasy" należy do pozycji, które powinien przeczytać każdy przynajmniej raz, niezależnie od wieku. Na tym zbiorze zadrukowanych kartek, pod pozorem powiastki detektywistycznej dla młodzieży, kryją się cenne wartości, takie jak przyjaźń, szczerość, oddanie, pierwsza miłość, odwaga, szacunek do starszych a także Nasza historia. Młodzi ludzie bardzo podobni do nas, a jednocześnie tak zupełnie różni. Każdy, niezależnie czy ma 9 czy 90 lat, znajdzie w nich choćby cząstkę siebie. Bo kto wie, może ktoś ją zgubił 40 lat wcześniej i myślał, że odeszła bezpowrotnie?

Florystka

   Minęło trochę czasu, a ja wciąż nie wiem, co napisać o tej książce. Bardzo wiele emocji we mnie wzbudziła i zarazem obudziła coś, co było uśpione od pewnego czasu. I niestety, tak miało zostać. Nie będę się rozdrabniać tutaj co to konkretnie było, bo to nie jest istotne dla recenzji. Ważny jest sam fakt.
  Sięgając po kolejną książkę Katarzyny Bondy, wiedziałam, że się nie rozczaruję. Zastanawiałam się jedynie, czy "Florystka" będzie lepsza od pozostałych dwóch tomów, czy nie. Jak zatem wypadła?

  Nie mam pojęcia, czy to definitywny koniec przygód Huberta Meyera, czy nie. Jedyne, czego mam pewność to to, że ta część była godnym zwieńczeniem serii.
  Nasz słynny psycholog policyjny popełnił błąd w profilu w ważnej sprawie i zakończył przez to swoją karierę. Rzucił wszystko jak leżało i wyjechał. Nie, nie w Bieszczady. Na Mazury. Do domu swoich rodziców, którzy w międzyczasie umarli. Sielanka? Nie dla Meyera. Pieniądze się kończą, nie ma co robić, a tu dodatkowo jeszcze dawna kochanka się pojawia... Wbrew pozorom, będzie cholernie istotnym ogniwem w całej sprawie, a nawet całej powieści. Lena to piękne imię, prawda? Hubert początkowo nie chce z nią współpracować, mimo, iż jej propozycja ma ręce i nogi, a nawet głowę, jednak pech lub szczęście, w każdym razie los chciał, aby tych dwoje zaczęło wspólną pracę. Jak to się skończy? Tego nie zdradzę. Główną zbrodnią w całej treści jest zaginięcie dziewięcioletniej Zosi, która ma cygańskie korzenie od strony matki. Nie ukrywam, to będzie dość ważne w sprawie (i jednocześnie bardzo ciekawe, bo Pani Kasia wprowadza nas trochę w kulturę tych ludzi i ich zwyczaje oraz tradycje). Dziewczynka chodziła do szkoły muzycznej, do klasy harfy- bardzo ważnego instrumentu dla powieści. Swoją drogą, jest to mój ulubiony instrument, planuję kiedyś zdobyć swój egzemplarz i nauczyć się gry. Od lat jestem zafascynowana jego brzmieniem, więc co za tym idzie- książka zaczęła mieć dla mnie także symboliczny wydźwięk. Podejrzaną w sprawie staje się pewna bardzo utalentowana florystka, którą wszyscy biorą za niezrównoważoną, gdyż jej syn kilka lat wcześniej został zamordowany, a ona twierdzi, że słyszy i widzi jego ducha. Jednak... czy byłaby wstanie porwać i zamordować inne dziecko? Czy słusznie jest podejrzewana? Co takiego ukrywa? Policja zaczyna łączyć ze sobą te dwie sprawy, w międzyczasie na światło dzienne wychodzi wiele mrocznych tajemnic rodziny dziewczynki... Czy słusznie? Sprawca bawi się z Meyerem w kotka i myszkę, zatem kto zwycięży? A może Hubert znów się pomyli...
  Cóż, nie zdradzę odpowiedzi na te pytania. Jeśli chcecie je poznać, musicie przeczytać "Florystkę". To naprawdę świetna książka, wnikliwa i dopracowana psychologicznie. Ukazuje nam obraz osoby chorej psychicznie, procesów, które zachodzą w jej mózgu, jej zachowania, postępowania i przede wszystkim- bystrości i inteligencji. Pokazuje, jak choroba wraz z predyspozycjami umysłowymi tworzy bombę, która po cichu, ukazując jedynie efekt końcowy, którym jest śmierć. Seria z Hubertem Meyerem zdecydowanie należy do jednej z moich ulubionych serii kryminalnych, a na chwilę obecną ostatnia z części zajmuje u mnie drugie miejsce. "Sprawa Niny Frank" podobała mi się trochę bardziej, ale ze względu na tematykę, a nie konstrukcję czy jakieś mankamenty "Florystki". Wszystkie trzy są równie dobre, na bardzo wysokim poziomie. Polecam.

środa, 28 czerwca 2017

Trzydziesta pierwsza

  Trzeci tom sagi o Lipowie.

 Kolejne spotkanie z twórczością Pani Kasi Puzyńskiej, kolejne spotkanie z policjantami i mieszkańcami Lipowa. I kolejne śledztwo do przeprowadzenia.

   W Lipowie nastał zimowy czas. Zbliża się Wigilia, wszyscy oczekują białego puchu z nieba, a temperatura jak na złość jest dość wysoka, jak na tę porę roku. Jednak mimo zbliżających się świąt, mieszkańcy czują niepokój. Lada dzień z więzienia ma wyjść morderca. Przez długie piętnaście lat nikt nie wypowiadał jego imienia, w końcu to przez niego zginęli dwaj policjanci, ojcowie Podgóskiego i Kamińskiego oraz jedyna policjantka z komisariatu wraz z siostrą... Ale czy aby na pewno to on był za to odpowiedzialny? Kłopoty mnożą się, gdy rodzeństwo ze Szwecji zaczyna grozić jednemu z mieszkańców, a w dawnej osadzie miejscowej sekty zostaną odnalezione zwłoki. Na domiar złego, nikt nie spodziewa się, że 23 grudnia zabójczy ogień zapłonie na nowo...
  W tej części nie było słynnej Klementyny Kopp. Nie było zmasakrowanego ciała, ani strzelanin. Jednak, nie ujmowało to ani trochę treści, a wręcz przeciwnie. Uwielbiam Klementynę, jednak miłą odmianą było poznanie Emilii Strzałkowskiej, która tymczasowo przeniosła się do Lipowa z Warszawy, aby zastąpić Marka Zarębę, któremu urodziła się córeczka. Okazuje się, że ona i Daniel znali się już wcześniej... Bardzo zaskoczyło mnie to, co Maria Podgórska i prokurator Czarnecki ukrywali przez te piętnaście lat, a co postanowili wyznać Danielowi. Nie spodziewałam się tego po nich, szczególnie przez opinię mieszkańców na temat Marii i posadę Jacka Czarneckiego. Jest to dowód na to, że niema ludzi kryształowych. Jak zwykle zachwyciła mnie narracja i ukazanie psychiki każdej postaci, jak zwykle podobały mi się dialogi i fabuła. A najbardziej opisy malowniczego Lipowa, które pod inną nazwą istnieje naprawdę. Na początku byłam odrobinkę zawiedziona, gdyż nie było żadnych zwłok, ale gdy tylko znaleźli szkielet, błyskawicznie mi przeszło. Cóż, nie ukrywajmy, najbardziej lubię krwawe trupy w kryminałach i makabrę. Ale ich brak nie czyni od razu książki złą, co to to nie. Bardzo podobała mi się poruszona tematyka sekt i opisy procesów, które zachodzą w ich wnętrzu, co nawiązywało do istniejącej kiedyś naprawdę, sekty Świątynia Ludu. Bardzo lubię takie smaczki, szczególnie, że tematyka mnie interesuje i trochę już na ten temat wiem.
  Generalnie, to ta część podobała mi się tak samo mocno, jak pierwsza. Jestem nią zachwycona! Gdzieś z tyłu głowy mignęło mi, kto może być mordercą, ale zignorowałam to. Epilog mnie szczerze zszokował i chwilowo uniemożliwił normalne funkcjonowanie. Długo o tym myślałam i choć skończyłam czytać tę powieść  jakiś czas temu, nadal to we mnie siedzi. Tak, jak i poprzednie książki tej autorki. Ma niesamowity talent do tworzenia pełnokrwistych postaci, które nie dają o sobie zapomnieć. Potrafi zgłębić się w ludzką psychikę i przedstawić ją na kartach historii mieszkańców tej pięknej, a zarazem mrocznej i tajemniczej wsi. Mistrzostwo i geniusz.

sobota, 27 maja 2017

Dziesięciu małych Murzynków

    Powieść ta występuje pod trzema tytułami: "Dziesięciu małych Murzynków", "Dziesięciu żołnierzyków" oraz "I nie było już nikogo". Wiele o niej słyszałam, podobno miała to być najlepsza książka Agathy Christie. Czy taka była? O tym już za chwilę.

   Na tajemniczą Wyspę Murzynków zostaje zaproszonych 10 niezwiązanych ze sobą, kompletnie różnych gości. O samej wyspie krążą plotki, jakoby ją i stojącą na niej willę, kupiła pewna gwiazda filmowa lub nikomu nieznany miliarder, pan Owen. W każdym z gościnnych pokoi wisi w ramce kartka z wierszykiem o dziesięciu Murzynkach, które po kolei znikały w dość osobliwy sposób. Nikt z przybyłych nie podejrzewa, że ich czeka ten sam los...
  Intryga przeprowadzona w sposób wyjątkowy, co do większości przypadków, nie było oczywiste, kto będzie kolejną ofiarą. Byli sami... ale czy aby na pewno? Kim okazał się tajemniczy pan Owen, twórca tej krwawej zabawy z makabrycznym zakończeniem? Muszę przyznać, że Mistrzyni Kryminału ponownie wyprowadziła mnie w pole, choć bardzo starałam mieć się na baczności. Jednak Agatha Christie ponownie ze mną wygrała. Co najlepsze, morderca od początku zyskał moją ogromną sympatię. Nawet, gdy byłam pewna, że to on, nie przestawałam go lubić. A tu puf, autorka postanowiła mnie bardzo umiejętnie zmylić. Biję pokłony, takiego zakończenia się nie spodziewałam!

  Zatem odpowiedź brzmi: Tak. To, według mnie, najlepszy kryminał Pani Christie, jednej z moich ulubionych pisarek.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Pan Lodowego Ogrodu- seria

  Kilka słów wyjaśnienia.
 To nie tak, że olałam bloga i zapomniałam lub mi się odechciało, więc naprawdę, nie trzeba pisać do mnie maili z pytaniem, czy kiedykolwiek pojawią się kolejne posty i czy żyję. Żyję i jakbym chciała to rzucić w cholerę, napisałabym o tym na 100%. Ale dlaczego mnie tyle nie było? Nie było mnie, gdyż postanowiłam pójść krok dalej z recenzjami i napisać o całej serii. A jak powszechnie wiadomo, aby o czymś mówić i to komentować, trzeba coś o tym wiedzieć. Przynajmniej w moim świecie tak jest. Zatem, mam za sobą 4,5 miesiąca walki z emocjami i kolejnymi kartkami kolejnych tomów. Teraz czas na recenzję. I...to najtrudniejsza recenzja w moim życiu.

  Obiecałam sobie, że nigdy nie zrecenzuję Wiedźmina. Nigdy, przenigdy. Dlaczego? Bo stał się ogromną częścią mojego życia, a nie zwykłą serią książek. Dzięki niemu poznałam miłość mojego dotychczasowego życia. Znacząco wpłynął na mój światopogląd i egzystencję. Zmienił cholernie wiele. Dlatego nie. 

  I tu robi się ogromny problem, gdyż "Pan Lodowego Ogrodu" podskoczył do tej samej rangi. 

 Sama nie wiem, co powinnam napisać. Sięgnęłam po tę serię całkowicie w ciemno, nie miałam pojęcia o czym jest, wiedziałam tylko kto ją napisał, że głównym bohaterem jest Vuko oraz, że owa seria jest w czołówce polskiej fantastyki. Uznałam, że muszę ją przeczytać, choćby dla zasady. I przepadłam.

  Cholernie nie lubię przez dłuższy czas czytać jednej książki, po czasie, który przekracza tydzień/półtora zaczynam się męczyć. Niezależnie od tego, jak cudowna jest ta książka, chcę ją szybko skończyć. I tu stało się coś niesłychanego- pierwszy raz w życiu czytanie jednej cegły przez trzy tygodnie (w przypadku obu pierwszych tomów) nie męczyło mnie. Ba, nawet starałam się nie czytać codziennie, aby dłużej to trwało. Tak bardzo ta historia stała się częścią mojej codzienności, że nie chcę jej kończyć. Nie chciałam i nie chcę nadal. Trzeci tom, to nieco ponad tydzień. Czwarty ponad miesiąc.
Ale zacznijmy od początku.

Tom I
  Jest sobie Vuko. Pół polak, pół fin, wychowany w Chorwacji, a co. Klnący na zmianę w 3 językach. Akcja zaczyna się, gdy jest wystrzeliwany w kosmos. Dlaczego? Ponieważ gdzieś w galaktyce odkryto planetę Midgaard, na której żyje rozwinięta cywilizacja (na poziomie średniowiecza) oraz istoty podobne do ludzi. W zasadzie ludzie, ale trochę inni. Przed dwoma laty została wysłana tam ekspedycja naukowa, która miała to sbadać. Jednak, od n czasu nie daje znaku życia... Vuko zatem dostał zadanie sprowadzić ich do domu i ewentualnie po nich posprzątać. I tu zaczynają się schody...
Po pierwsze, wszystkich całkowicie wcięło (no, prawie) i trzeba ich znaleźć. Bardzo wesoło. Po drugie, po ziemi chodzą wyjątkowo paskudne stwory. Miejscowi nazywają ich dziećmi Zimnej Mgły, która pojawia się nagle i zabija. Cóż. Równolegle do losów Vuka, poznajemy losy Filara- tohimona z Klanu Żurawia. Póki co, bez związku. Więcej fabuły nie zdradzę, ale powiem o czymś innym. Mianowicie, o humorze zawartym w książce. Błyskotliwy, inteligentny, ironiczny, typowo polski humor sytuacyjny. Sam główny bohater aż kipi sarkazmem. Kocham to. I uwielbiam jego konia Jadrana. Choć i tak moim absolutnym ulubieńcem jest kruk Nevermore drący się "Wynocha!". Nawiązanie do "Kruka" mojego mistrza, Edgara Allana Poego- miód na duszę. Zakończenie- szok absolutny. Całe szczęście, że już zawczasu wypożyczyłam drugi tom z biblioteki, bo chyba trafiłby mnie szlag.

Tom II
  Czarodzieja z Amsterdamu trochę za bardzo poniosła wyobraźnia z drzewem, ale Vuko sobie poradził, z niewielką pomocą jednookiego karła na ośle. A potem pojawiła się wróżka. Cyfral. Wesoło. Po lekturze tego tomu, czytałam jego recenzje na lc (recenzje po fakcie- brawo ja) i zdaniem wielu osób, jest to najgorszy i najnudniejszy ze wszystkich tomów. Nie zgodzę, gdyż według mnie, jest tak samo dobry jak pierwszy. Ale jeśli ten jest najnudniejszy, to boję się, co będzie dalej...
Ta część jest na pewno bardziej emocjonalna, niż pierwsza. Vuko wrócił do ludzi, którzy stali się mu jak rodzina. W momencie, w którym okazało się, że żyją- płakałam razem z głównym bohaterem. Byłam szczerze wzruszona. A, gdy uciekinier Filar i jego przyboczny Brus cierpieli, ja cierpiałam z nimi. Były to bardzo ciężkie do zniesienia sceny. Bardzo. I mówi to osoba, która po lekturze najkrwawszych thrillerów śpi spokojnie... Losy dwóch bohaterów jeszcze się nie splatają, jednakże następuje subtelne nawiązanie do wydarzeń, które następują w miejscu, w którym żyje, co jest na plus. Więcej nie napiszę, bo za dużo spojlerów.

Tom III
   Akcja, akcja i jeszcze raz akcja! Ten tom jest najkrótszy, co pewnie jest powodem tego, że na każdej stronie coś się dzieje. Zostaje poruszony trudny i ważny temat niewolnictwa, tohimon wraz z Benkejem zbliżają się do celu, ale nadal są bardzo daleko. Jak już czytelnik ma wrażenie, że pokonają wszystkie przeciwności, bo jak już to im wyszło, to teraz wszystko się uda, a potem... a potem dzieje się coś, co przekreśla wszystkie nadzieje. Wydaje się, że z tej sytuacji niema wyjścia. Co nastąpi potem, to dowiecie się z książki. Dodam jeszcze tylko, że w tej części wreszcie dowiadujemy się czym jest tytułowy Lodowy Ogród oraz, że pod koniec powieści losy Vuka i Filara splatają się w bardzo nieoczekiwanym momencie.

Tom IV, ostatni.
   Prawie 900 stron końca całej, wspaniałej historii. Vuko i reszta Nocnych Wędrowców wracają do Doliny Naszej Pani Bolesnej, aby odzyskać kompana jednego z nich oraz porwać samą Panią Bolesną. Jednak, drogę krzyżują im Węże i porywają nie dość, że ją, to także Filara. No cóż, znów niewola, przemoc i odsiecz. Czy to się uda? Może tak, może nie. Potem i tak będzie coraz bardziej niebezpiecznie. Dochodzi jeszcze jedna osoba do wyeliminowania, kolejny wróg- Szkarłat. Choć pojawił się już wcześniej, teraz jest blisko. Za blisko. Czy Lodowy Ogród to takie bezpieczne miejsce, jakby się zdawało na pierwszy, a także drugi i trzeci rzut oka? Czy wszyscy Wędrowcy przeżyją starcie? Kto wygra wojnę? Niesamowite zwroty akcji, dreszcz napięcia i oczekiwanie- co będzie dalej!? Ile ja nocy przez tę książkę zarwałam, to ja nawet nie zliczę. Tak cholernie nie chciałam jej kończyć, że w międzyczasie pochłonęłam dwie inne. Ale cóż, koniec nadszedł. Nadeszła Wojna Bogów, o której wszyscy gadają. Czy przyniesie martwy śnieg? Czy Vuko zdoła ocalić przyjaciół i pokonać Czyniących? Nie zdradzę. Na samiuśkim końcu zrozumiałam, kto jest prawdziwym Panem Lodowego Ogrodu i kto w zasadzie, był nim od początku, choć sam o tym nie wiedział. Koniec serii przyniósł mi okropną pustkę i kaca. Aktualnie, próbuję, jak zwykle, zapchać to Chmielewską, ale nie jestem pewna, czy i tym razem się uda. Ech. Z całego rozbitego serca liczę na jakąkolwiek kontynuację. Potrzebuję jej do życia.

 Kilka słów o całej serii:
Po pierwsze, zaskoczyła mnie tu jedna rzecz. Mianowicie, najsubtelniej opisane sceny seksu, na jakie trafiłam w literaturze. Autor zrobił to z ogromną finezją i ujął mnie tym całkowicie.
Po drugie, każdy z bohaterów jest inny, każdy wyrazisty. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, pełnokrwisty. Bardzo chętnie poszłabym z nimi wszystkimi, z Nocnymi Wędrowcami, na piwo. Ziemskie piwo.
Po trzecie, cała seria wypchana jest informacjami technicznymi na temat broni, widać dużą wiedzę Grzędowicza.
Po czwarte, opisy krajobrazu są bardzo plastyczne, a nie płaskie, aczkolwiek nie są nadmiernie rozbudowane. Dokładnie opisują świat, ale nie nudzą i nie nużą przy tym, nie ma tam ani jednego słowa za dużo.
Po piąte, język ujął moje serduszko. W szczególności ten, w wykonaniu Vuka. Sposób formułowania zdań, ironiczny humor, fińskie przekleństwa. Poezja! Na co dzień nie przeklinam i nie lubię, jak ktoś przy mnie przeklina, jednak w książkach ani trochę mi to nie przeszkadza. Szczególnie w innym języku.
Po szóste, wiersze Mai Lidii Kossakowskiej, żony Jarosława Grzędowicza, zaczynały wiele rozdziałów. Pióro Kossakowskiej jest mi znane i bardzo lubiane, więc bardzo miło było poznać jej twórczość także od strony wierszy. Jak najbardziej na plus. Niektóre z nich wyjątkowo mi się spodobały, między innymi "Pieśń Braci Drzewa", która pojawiła się pod koniec IV tomu, w okolicach oblężenia Lodowego Ogrodu.
Po siódme, świat przedstawiony w serii, jest jak dla mnie bardzo spójny i ciekawy. Opisy kultury tamtejszych ludów, różnice w przedstawicielach różnych ludów, to wszystko było bardzo realistyczne i sensowne.
Po ósme, nie jest to typowe fantasy, ani typowe science fiction. Jest to mieszanka jednego i drugiego, tworząca coś, czego wcześniej nie spotkałam, a w czym zakochałam się bez pamięci.
Po dziewiąte, cała ta seria obudziła we mnie bardzo wiele przemyśleń co do wpływu religii na życie człowieka i jak miejsce urodzenia oraz status społeczny, mogą wpłynąć na postrzeganie świata.
Po dziesiąte, więzi i emocje zawarte w powieściach są bardzo wyczuwalne, wręcz chwilami namacalne. Słowa rażą wściekłością, rozpaczą lub szczęściem. Czujemy bezsilność, czujemy ból po stracie przyjaciela, czujemy radość z odnalezienia rodziny. Tak, to już nie tylko 4 książki z gatunku fantasy. W moim odczuciu, to sztuka, bo to, co autor tu stworzył, to istny majstersztyk i tyle mam do powiedzenia. 

wtorek, 29 listopada 2016

Romans wszech czasów

I kolejna Chmielewska!

 Jej książki to mój osobisty lek na całe zło... Bardzo skuteczny.

 Ta historia zaciekawiła mnie bardzo, ze względu na kolejnego "blondyna życia", który pałęta się po życiorysie Joanny. Jednak tym razem zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, trochę większe niż w przypadku innych blondynów życia, o których była mowa w innych powieściach tej autorki. Jako, iż jest to jedna z jej pierwszych książek, spodziewałam się tego, co najlepsze. I dostałam nawet z nawiązką!
  Joanna, jak to Joanna, oczywiście musiała się w coś wpakować. Tym razem zepsuła samochód wjechawszy nim w jakieś bagno, w dodatku w lesie, co zmusiło ją do przemieszczania się po mieście komunikacją miejską, w której ujrzała swojego blondyna... Widząc go, ubzdurała sobie, że powinien być dziennikarzem, mieć na imię Marek i być żonaty, z kobietą niezwykle piękną, która go nie kocha i nosi czarne włosy, gładko zaczesane w kok. Cóż, jak się później okazuje, niewiele się pomyliła... W trakcie jednej z takich podróży, dostrzega innego mężczyznę, który uparcie się jej przygląda rozanielonym wzrokiem. I przez kolejne 2-3, wszędzie go spotyka. Aż wreszcie, ów rozanielony osobnik, odważył się do niej podejść, przy męskich gaciach. Dlaczego akurat przy gaciach, tego nawet sama Joanna nie wiedziała. Została zaproszona na kawę w celu wyjaśnienia ciągłego wpadania na siebie. I się zaczęło... Okazało się, że w grę wchodzi iście płomienny romans, między tymże osobnikiem, a niejaką Basieńką, mającą męża potwora, który jest kryształowym obywatelem, jednakże nie chce jej dać rozwodu. Jak się okazuje, Joanna z przekrzywioną peruką i rozmazaną szminką wygląda zupełnie jak Basieńka, stąd rozanielony wyraz twarzy amanta, który był święcie przekonany, że widzi swoją ukochaną, jednak szybko zorientował się, że to nie ona, tylko inna osoba. Opowiedział historię ich miłości Joannie i złożył jej niecodzienną propozycję... Mianowicie ten pan musi wyjechać służbowo, a żyć nie może bez swojej Basieńki, dlatego chce zabrać ją ze sobą, ale nie może, bo mąż jej nigdzie z kochankiem nie puści i detektywów na nią nasyła, a tego rozwodu i tak jej nie da, więc czy może Joanna by się zgodziła udawać ją przez trzy tygodnie, przed jej mężem, za sumę 50 tysięcy złotych...? Podobno miałaby tego męża prawie nie widywać i z nim nie rozmawiać, bo prowadzą ze sobą wojnę od dawna, sypiają osobno, jedzą osobno, czas spędzają osobno, tylko pracują razem... A Joanna, jak to Joanna, oczywiście się zgodziła! Choć nie od razu. I gdyby wiedziała już wtedy, co z tego wyniknie, jej decyzja nie byłaby taka oczywista... W dzień, bez obaw mogłam się głośno śmiać, ale w nocy? W nocy tłumienie śmiechu podczas czytania przychodziło mi z niesłychanym trudem. Rudy debil za oknem i dialog o marchwi dla angorskich krokodyli z gburem, który przyniósł paczkę dla parszywego kacyka- mistrzostwo absolutne. Ale czego ja się innego spodziewałam po Mistrzyni, jak nie głośnych salw śmiechu i łez połączonych z bólem brzucha, tymże spowodowanych? Co się uśmiałam, to moje. I wyszło mi to nie tylko na dobre, ale i na jeszcze lepsze. W trakcie książki wyszło mnóstwo niedorzecznych sytuacji, które skutecznie ogłupiały bohaterów, a u mnie powodowały ataki wesołości. Szczególnie, w przypadku zawartości paczki dla kacyka... Sama postać blondyna życia również była intrygująca i pozostała taka do samego końca, szczególnie, gdy latał w Sopocie za tą idealną heterą z krzywymi paznokciami u dłoni... Szczególnie, gdy w grę wszedł przemyt dzieł sztuki, o czym Joanna postanowiła donieść na milicji, która patrzyła na nią jak na skończoną wariatkę, słysząc jej historię... I jak się okazuje, słusznie! Choć właśnie to wariactwo po raz kolejny pomogło w rozwiązaniu sprawy i nie wiadomo, czy bez niego także by się to udało.
 
  Podsumowując, mam kolejną ulubioną książkę. I to chyba wystarczająca rekomendacja, aby jak najszybciej po nią sięgnąć i wciągnąć się w wir szaleństwa, w obcym domu, w przebraniu, udając jakąś babę wraz z Joanną, prawda?

niedziela, 27 listopada 2016

Noc Kupały

  Tyle miesięcy czekania...
Aż nadszedł 23 listopada, dzień premiery. I mam! I po trzech tygodniach książkowego kaca po lekturze "Tylko martwi nie kłamią" Bondy, pochłonęłam w jeden dzień...

  Jako iż jest to kontynuacja mojej ukochanej "Szeptuchy", czyli drugi tom cyklu "Kwiat paproci", to wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Nie wierzyłam, że ta książka może mnie zawieść. I nie zawiodła, o nie. A nawet dała więcej, niż się spodziewałam.

  Wielkim plusem jest to, że drugi tom zaczyna się w momencie, w którym kończy się pierwszy, w tej samej scenie. Kolejnym olbrzymim plusem jest rozbudowanie wizji Gosi, dzięki którym dowiadujemy się więcej o Mieszku i jego życiu. No i pojawia się Ote... Cóż, nie będę ukrywać, że mocno namiesza. Między kochanków wedrze się chorobliwa zazdrość i potrzeba posiadania drugiej osoby na własność. Jednak... czy pokona to miłość? I czy... czy to w ogóle jest miłość? To pytanie wielokrotnie będą musieli zadać sobie Gosia i Mieszko. W tej części poznajemy lepiej także szeptuchę Jarogniewę i Mszczuja. Poznajemy lepiej ich przeszłość, zaczynamy rozumieć postępowanie. Zatracamy się w akcji, która przyspiesza na każdym kroku. Pojawiają się nowi bogowie, trwa walka o kwiat paproci, a Kupalnocka tuż tuż... Robi się niebezpiecznie. Bardzo niebezpiecznie. Gosia może stracić życie przez zaufanie niewłaściwej osobie. Pojawiają się fanatycy bogini Mokosz i kolejne nadprzyrodzone istoty. Wiele razy wstrzymywałam oddech. Wiele razy serce podchodziło mi do gardła w oczekiwaniu. Nie chcę, zdradzać, co się będzie w tej części działo, bo to mija się z celem. Cóż, słowiańskie bogi przemówiły, zatem powiem jeszcze tylko, że cholernie warto dowiedzieć się, jak potoczyły się dalej losy bohaterów "Szeptuchy" i sięgnąć po tę powieść.

  Z wypiekami na twarzy i ogromnym żalem, że tyle jeszcze czasu, czekam na kolejny tom. W przypadku "Szeptuchy" mówiłam, że to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam. Z czystym sumieniem "Noc Kupały" również będę nazywać takim mianem. Jestem zachwycona, równie mocno co wcześniej.

niedziela, 9 października 2016

Więcej czerwieni

  Drugi tom sagi o policjantach z Lipowa i okolic, drugie spotkanie z autorką. Jak zatem wypadło? Czy było równie emocjonujące, co pierwsze?

Na Poznańskim Festiwalu Kryminałów GRANDA miałam okazję spotkać Panią Kasię, zamienić z nią parę słów i przede wszystkim, posłuchać co ma do powiedzenia. Spotkanie wspominam bardzo dobrze i z miłą chęcią przyznaję, że jeszcze bardziej zbliżyło mnie do jej twórczości. Zatem chwilę później zabrałam się za swój już podpisany egzemplarz.

 Obezwładniający upał. Lato w pełni, krajobraz zastygły bez ruchu. Żniwa. I dwa ciała młodych kobiet. Już na samym wstępie dowiadujemy się od samego mordercy, że ciał było więcej, kilka lat wcześniej. Dowiadujemy się, że zależy mu na włosach ofiar i, że zabija tylko osoby z najstarszego na świecie zawodu. Dlaczego? Tego nie wiemy do samego końca.
  W tej części mamy styczność z ośrodkiem wypoczynkowym Słoneczna Dolina, Kliniką Pomocy Psychologicznej i Psychiatrycznej Magnolia, szkoła w koloni Żabie doły i samą kolonią Żabie Doły, której nie lubią mieszkańcy Lipowa i przede wszystkim- spędzamy czas wraz z Danielem i Klementyną na komisariacie w Brodnicy, a nie w rodzinnej wsi głównego bohatera. Poznajemy bliżej Klementynę Kopp. W pierwszej części była dynamiczna, bezkompromisowa, wyrazista, zapracowana, zimna, mówiąca z prędkością karabinu maszynowego. Brzydka, ale niezawodna- jak zwykła powtarzać. W drugiej części niby jest wciąż sobą, ale jednak... jednak coś jest inaczej. Poznajemy  g e n e z ę  jej zachowania. Jej osobowości. Poznajemy jej uczucia, rozterki, problemy, pustkę. Tęsknotę i ból po stracie. I nowe zauroczenie, którego komisarz Kopp nie umie znieść. "Jesteś komiczną, starą babą, Kopp!"- te słowa na długo utkwiły mi w pamięci. Stała mi się bliższa, niż jakakolwiek inna postać z tej serii. Daniel także jest wciąż ten sam, choć jakby trochę bardziej zagubiony. Zaczynają mu się problemy w związku z Weroniką Nowakowską, które dodatkowo komplikują trzeźwe myślenie w sprawie morderstw. Szczególnie, że ginie kolejna osoba. I jeszcze jedna. W dodatku podejrzany.
  Poznajemy tu także nadkomisarza Wiktora Cybulskiego, który jest znawcą wina i fanem wytrawnej kuchni z serami na czele, zawsze maksymalnie elegancki i elokwentny. Podejrzewa żonę o zdradę z dyrektorem szkoły. Czy ma rację? A może jego żona ma coś wspólnego z makabrycznymi mordami? Morderca igra. I z bohaterami i z czytelnikiem. Nikt go nie podejrzewa. Do czasu. Ja sama zaczęłam podejrzewać tę osobę późno, w dodatku nie do końca poważnie. Jednak ewentualność cały czas gdzieś była i z czasem przerodziła się w fakt i szczerą prawdę. Emocjonujące zakończenie, które nie pozwala odłożyć książki ani na chwilę, póki wszystko się nie ułoży. Przyłapałam się na tym, że przez prawie całą scenę w piwnicy wstrzymywałam oddech. Jednak więcej na temat zakończenia nie zdradzę.

  Po raz kolejny dostajemy rewelacyjną powieść z cholernie rozbudowanymi wątkami psychologicznymi, obyczajowymi zamkniętymi w konwencji klasycznego kryminału. Każdy ma coś do ukrycia, każdy ma swoje problemy i troski. Emocje. Nawet, najwięksi twardziele, których także niemało się pojawia w książce.

 Może i się powtórzę, ale to ponownie jedna z najlepszych książek, jakie czytałam i uważam za obowiązkową pozycję na liście każdego wielbiciela kryminałów. Chylę czoła po raz wtóry i już zabrałam się za trzecią część. I wiem, że mnie nie zawiedzie!

czwartek, 15 września 2016

Proroctwo sióstr

  Kiedyś przeczytałam o tej powieści na lubimyczytać.pl i uznałam, że zapowiada się świetnie, więc wylądowała na półce "chcę przeczytać". I zapomniałam.

   I w tegoroczne ferie zimowe trafiłam do księgarni z tanią książką i ujrzałam ostatni egzemplarz za 12 zł... I wtedy mi się przypomniało. Zatem, rzecz jasna, nie mogłam przegapić takiej okazji i książka po kilku minutach stała się moją własnością. Cierpliwie czekała na swoją kolej na półce, ale po dwóch miesiącach pożyczyła ją ode mnie ciocia i odzyskałam ją dopiero w sierpniu i dopiero pod koniec mogłam się za nią zabrać. Ale co to była za powieść! 

  
   XIX wiek, pogrzeb ojca zmarłego w tajemniczych okolicznościach. Nad grobem stoją dwie bliźniaczki- Lia i Alice. Towarzyszy im także ich ciotka Virginia, młodszy brat Henry, jego opiekun, a zarazem woźnica oraz James, ukochany Lii. Dziewczęta właśnie zostały sierotami. W wieku ledwie 16 lat... Jednak, jak się później okaże, to ich najmniejszy problem. 
  Sprawy komplikują się, gdy Lia za sprawą Jamesa, odkrywa treść starożytnego Proroctwa. Przepowiedni, która stawia przeciw sobie całe pokolenia sióstr. Początkowo nic z tego nie rozumie, lecz w dniu pogrzebu na jej nadgarstku pojawia się niepokojące znamię... Lecz czy tylko ona je ma? Autorka dobrze oddała realia epoki i życia majętnych ludzi tamtych czasów, a pierwszoosobowa narracja Lii, rewelacyjnie buduje klimat i napięcie. W dalszej części powieści poznajemy wraz z jedną z bliźniaczek i jej przyjaciółmi dalsze części przepowiedni. Coraz lepiej rozumiemy jej sens. Dociera do nas, że wraz z Amalią balansujemy po krawędzi Życia i Pustki, snu i jawy, prawdy i kłamstwa. Zdajemy sobie sprawę, że się myliliśmy, że to, co od początku wydawało się nieskazitelnie dobre, zawiera w sobie Zło. A to, co było okrutne, przebiegłe i złe- ma w sobie Dobro. Jednak, które zwycięży? Która z sióstr znajdzie pierwsza wszystkie Klucze? Czy Samael dostanie się do  n a s z e g o  świata wraz z Duszami i nastanie Chaos? Apokalipsa? KONIEC ŚWIATA!? 
Jednak nie dowiemy się tego w tej książce. Będziemy stopniowo zbliżać się do ostatecznej walki, do etapów poprzedzających ją, do trudnych wyborów... Jednak nie dowiemy się tego w tej książce. Jest to pierwsza część trylogii. Czyli ostateczność nadejdzie dopiero w "Kręgu ognia". Jednak... Czy warto sięgnąć po tę i kolejne dwie książki? Zdecydowanie TAK. 

  Jestem absolutnie zachwycona nie dość, że samą powieścią, to jeszcze jej cudownym wydaniem... Gładka, czarna okładka z śliską "nakładką" tworzącą drugą okładkę, z wizerunkiem kamiennych bliźniaczek, z czerwoną różą na ramieniu jednej z nich... Obie budzą niepokój, skrajne, lecz silne uczucia. A w środku- co? Gruby papier, stylizowany na stare, lekko pożółkłe stronnice. Każda ozdobiona cierniami. Cudo! 
  Starożytne proroctwo, nawiązania do Biblii i mitologii celtyckiej, XIX wiek, tajemnica, groza, niepokój... Czego chcieć więcej od dobrej pozycji, która napisana jest w stylu powieści gotyckiej, uprawianej na przełomie XVIII i XIX wieku? Według mnie, książka cholernie działa na emocjach i umyśle, wpływa na postrzeganie swojego rodzeństwa i sprawia, że niepokoimy się i nasze samopoczucie fizyczne i psychiczne zmienia się w dziwny sposób. Michelle Zink odwaliła kawał rewelacyjnej roboty, a jej dzieło z dumą zapisuję na liście ulubionych książek oraz tych, które na mnie wpłynęły. Zostałam wręcz zmuszona do refleksji nad swoim życiem. Po tej lekturze nie miałam innego wyboru. Może dlatego, że sama mam siostrę? Może dlatego, że też mam znamię, które nie jest ze mną od zawsze? Może dlatego, że w dodatku też mam zielone oczy jak Lia? Nie wiem. W każdym razie, miewam ataki histerii na myśl, że nie mogę od razu pochłonąć pozostałych tomów, bo po lekturze pierwszego, miałam łzy w oczach, co do tej pory ani razu nie miało miejsca. Bo to nie były łzy wzruszenia, o nie. To było coś... innego. Rezygnacja i ogromny żal, z domieszką strachu, wściekłości i ukojenia.
  Tak, to stanowczo trzeba przeżyć.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Upiorny zegar

  Pierwsze spotkanie z francuskim mistrzem grozy. Jest nim Maxime Chattam, autor głośnej "Trylogii zła". Jednak czy było udane?

  Od kilku lat marzą mi się studia na wydziale kryminologii, lecz z powieściami, w których króluje, do tej pory styczności jakoś nie miałam... Aż do "Upiornego zegara". Autor, jak się okazuje, przez rok studiował tenże cudowny kierunek, więc spodziewałam się wiele. I nie zawiodłam się, ani trochę!


   Paryż, rok 1900. Czas Wystawy Światowej, która ma być uwieńczeniem całej rewolucji przemysłowej i spektakularną demonstracją potęgi człowieka, którego dziełem jest to wszystko.

Pisarz, dwudziestoośmioletni Guy de Timée przytłoczony własnym sukcesem oraz osaczony przez wydawców i swoich fanów, postanawia uciec od żony i córki i zacząć nowe życie, pod nowym nazwiskiem. Zamieszkuje na poddaszu domu publicznego, z którego szefową oraz pracownicami szybko się zaprzyjaźnia. Jednak sielanka nie trwa długo, bo Guya nadal ściga teść, a w mieście zaczyna się fala bardzo brutalnych, a zarazem spektakularnych morderstw. Ginie także jego przyjaciółka. Wraz z piękną kurtyzaną Faustine i młodym inspektorem policji, starają się stworzyć portret psychologiczny mordercy, którego nazywają Hybrisem, aby poprowadzić śledztwo na własną rękę, gdyż paryska policja nie robi nic. 
   Poznajemy tu inny Paryż, niż dotychczas. Nie jest to miasto miłości, o nie. Jest to obraz nędzy, brudu i smrodu, kontrastującego z bogatymi, zadbanymi dzielnicami. Są to domy publiczne na każdym kroku i tabuny turystów z całego świata, przybyłych na Wystawę. I odór gnijących zwłok. Akcja bardzo wciągająca, szybko zaczyna się coś dziać. Cholernie spodobała mi się proza pana Chattama i to, w jaki sposób buduje napięcie. Skojarzyło mi się z prozą mojego ukochanego Simona Becketta. Świetnie napisane. 
    W zasadzie, to właśnie sposób formułowania wypowiedzi Chattama sprawił, że już na początku książki wiedziałam, że to nie będzie moje ostatnie spotkanie z tym autorem. Jak dla mnie- geniusz. Nowy ulubiony autor. Cholernie polecam wszystkim miłośnikom thrillerów, kryminałów, jak i fascynatów XIX wieku i profilowania. 

piątek, 8 lipca 2016

Porwanie

  Czas na moją mistrzynię!

   "Porwanie" było kilka lat temu moim pierwszym spotkaniem z autorką. I od tego spotkania rozpoczęła się ogromna miłość. Po czasie i przeczytaniu także jej wcześniejszych książek, szczególnie tych pierwszych, mam porównanie. I tak, uważam, że te najwcześniejsze powieści są najlepsze. Jednak... Jednak "Porwanie" jest inne. Jest równie dobre, jak poprzedniczki z wcześniejszych dekad. I nie jest to kwestia tylko sentymentu.
   Wyobraźcie sobie, że siedzicie we własnym salonie, we własnym domu, gracie w brydża ze starymi znajomymi, a nagle drzwiami i oknami wpadają antyterroryści twierdząc, że jest tu przetrzymywana osoba, która tak naprawdę nie istnieje, bo to Wasz pseudonim literacki... Sprawa nie jest jasna, lecz bardzo podejrzana. Ostatecznie Wy wraz z przyjaciółmi oraz dwoma przedstawicielami służb mundurowych po cywilu, spędzacie długie godziny przy stole zasypanym kartami, jecie wykwintne potrawy pokroju odgrzewanych mielonych oraz ogromnych ilości pierogów i spożywacie wszelakie napoje wysokoprocentowe, wytężając umysł w tej sprawie. Porywacze dzwonią z żądaniem okupu za Joannę Chmielewską grożąc, że odetną jej ucho, choć Joanna odebrała telefon... Kto zatem porwał kogo i dlaczego? Dialog z porywaczem o sałatce owocowej- mistrzostwo absolutne. Z biegiem czasu, dowiadujemy się kolejnych faktów, powiązań i od krawcowej, że Leszczyńska ma krótkie nóżki... Całe szczęście, jest także młoda Natalka Komarzewska, która jako nastolatka była bardzo wścibska i widziała jedną taką i jednym takim i doskonale pamięta szczegóły. Paweł ma brata przykutego do kaloryfera, czarnowłosa przyjaciółka Joanny z płomiennym charakterem lata za takim jednym, a inny palant za nią... I jeszcze jest Bolcio Skoczygaj, co pięknie zaczyna i nie kończy! Jak zwykle u mojej mistrzyni- plejada niebanalnych, wyrazistych postaci, które bawią do łez. Książka momentami zaskakująca i przez cały czas równie zabawna. Obfitująca w pomyłki i genialne pomysły bohaterów. Rewelacja!

  Jakiś czas temu wróciłam do niej, aby sprawdzić, czy nadal bawi tak samo. I wiecie co? Bawi nawet bardziej! Czytałam wiele niepochlebnych opinii, że mało Chmielewskiej w Chmielewskiej i tak dalej i tak dalej. Ale jak dla mnie, to bzdura. Kocham tę książkę i z całkowicie czyściutkim sumieniem polecam każdemu, nawet tym, którzy z kryminałami nie są za pan brat. Oto idealna okazja, aby podać sobie obie ręce, głowę, a nawet nogi. Nawet, jeśli krótkie...