Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 sierpnia 2018

Pustułka

  Prawie rok przerwy, milion zmian i dwa miliony zaległych recenzji. Wracam!

   Od dawna uwielbiam Kasię za cykl "Kwiat Paproci", zatem to była kwestia czasu, jak tylko sięgnę po jej debiut kryminalny. I stało się, tak bardzo czekałam na premierę "Przesilenia", że w tym oczekiwaniu przeczytałam "Pustułkę". Był to czas, kiedy miałam spory zastój czytelniczy, więc ogromne nadzieje kładłam w tej powieści. Czy jakkolwiek pomogła? Zdecydowanie!

   Na odciętej od świata wyspie zbiera się cała, upiornie bogata rodzina , która tak naprawdę się szczerze nienawidzi. Szaleje sztorm, są odcięci od świata. Niby nic szczególnego, ale po kolei zaczynają ginąć ludzie. Niemalże każda śmierć jest pozorowana na wypadek, jednak ślady jasno wskazują na morderstwa, a na jaw wychodzi mroczna, rodzinna tajemnica. Napięcie towarzyszące bohaterom jest wręcz namacalne, aczkolwiek nie przytłaczające. Cała intryga jest skonstruowana naprawdę świetnie, wskazówki rozsiane są po całej książce- zabieg godny Agathy Christie. Zakończenie- zaskakujące. Co prawda, zabójcę częściowo przewidziałam, ale i tak byłam w szoku. Naprawdę dobra książka, postacie fajnie skonstruowane, język przystępny. Bardzo spodobał mi się dość szczegółowy opis choroby afektywnej dwubiegunowej, lub jak ktoś woli- zaburzenia maniakalno- depresyjnego.

   Powieść okazała się świetna na przerwanie zastoju czytelniczego, bardzo mi się podobała i uważam ją za naprawdę godną uwagi. Pojawiały się i dość makabryczne opisy, ale bez przesady, nadal w dobrym smaku. Książka nie należy do ciężkich kryminałów, nie jest też mistrzostwem gatunku, aczkolwiek na mnie wywarła naprawdę pozytywne wrażenie. Obawiam się jednak, że osoby, które czytają same mocne powieści z gatunku, mogą być trochę zawiedzeni, ale mnie osobiście ten zabieg nie przeszkadzał, choć również lubuję się w latających po ścianach wnętrznościach, uciętych głowach i psychopatycznych mordercach, którzy nie cofną się przed niczym. Niemniej, bardzo polecam.

piątek, 29 września 2017

Kryminały i thrillery warte uwagi cz. 2

Witam!

   Pragnę ogłosić wszem i wobec, że przez te dwa tygodnie się ani trochę nie obijałam, tylko dzielnie pracowałam i czytałam, więc proszę na mnie nie krzyczeć. Przychodzę z drugą częścią cyklu o kryminałach, thrillerach i sensacji, które, według mnie, z jakiegoś powodu zasługują na uwagę. Jako, iż dwójka to moja ulubiona cyfra, a komedie kryminalne to mój ulubiony gatunek literacki, postanowiłam połączyć te dwie rzeczy ze sobą. Do pełni szczęścia brakuje jeszcze tylko pizzy z brokułami i mozzarellą, bo kawę właśnie wypiłam. Ale do rzeczy:


1. Joanna Chmielewska "Całe zdanie nieboszczyka".

   Od kogo innego mogłabym zacząć, jak nie od niekwestionowanej mistrzyni gatunku? W dodatku, od czego innego, jak nie od ukochanej książki!?
 Niniejsza powieść miała na mnie ogromny wpływ. Wpływ ten zaowocował podniesieniem się moich ocen z języka niemieckiego w trzeciej klasie gimnazjum, gdyż właśnie wtedy ową powieść czytałam po raz pierwszy. Po lekturze dostałam takiej motywacji do nauki języków obcych, jak jeszcze nigdy. Bo przecież powszechnie wiadomo, że jeśli mnie porwą i wywiozą do Brazylii, to muszę znać jak najwięcej języków, aby rozumieć porywaczy i móc wymyślić dzięki temu drogę ucieczki. Jak Joanna. W zasadzie, to w literaturze nie istnieje postać, która wywarłaby na mnie większy wpływ niż właśnie ta. Ewentualnie jeszcze Hercules Poirot, ale na trochę innych zasadach i jednak słabiej. Wróćmy jednak do książki, w której akcja pędzi jak rollercoaster. Jedyne, co mogę powiedzieć to to, że mamy tu hazard, morderstwo, porwanie, balansowanie między Brazylią, Danią, Francją a Polską, mamy ucieczkę, śledztwo, zdradę, niebanalne pomysły Joanny, wszystkie możliwe emocje i dzikie salwy śmiechu. Typowy kryminał? O nie! To coś niesamowitego. I nieprzewidywalnego.
   Zawsze, gdy mam zły humor lub mam gorszy okres w życiu, wracam do tej powieści. A najczęściej do jednej z końcowych scen z tłuczkiem. Od razu świat staje się łatwiejszy i piękniejszy. I twarz boli mnie ze śmiechu tak, jakbym rzeczywiście tym tłuczkiem oberwała.


2. Alek Rogoziński "Jak Cię zabić, kochanie?"

  O tym Panu słyszałam bardzo dużo, jednak nie miałam wcześniej styczności z jego twórczością. Niedawno odbył się trzecia edycja Poznańskiego Festiwalu Kryminałów GRANDA, na który się oczywiście ponownie wybrałam, a ów Pan figurował na liście gości, więc niegrzecznie by było pojawić się tam bez znajomości książek, czyż nie? Sięgnęłam więc po jedną, potem drugą i... przepadłam. Opowiem zatem o pierwszej z nich, bo jest fenomenalna!
  Nad Kasią Donek wisi spadek pod postacią milionów lub nawet miliardów dolarów po babci z Ameryki, jednak jedynym warunkiem, aby go objąć jest sprawienie sobie potomka wraz ze zdradzającym ją mężem w ciągu 5 lat od śmierci staruszki. Na początku bardzo się starali, nie wychodziło, potem zaczęli się od siebie odsuwać i zaczęło się robić nieciekawie. Do końca terminu zostało tylko 10 miesięcy, a gdy im się nie uda, pieniądze ma dostać polska parafia w Ameryce, którą starsza pani bardzo wspierała. Cóż zatem począć!? W sumie... jak to co? Trzeba zamordować męża! Problem jest jednak taki, że ów szanowny małżonek wpadł na identyczny pomysł... Jak łatwo się domyślić, obydwoje zawzięcie polują na siebie. Żeby było weselej, parę innych osób, z fałszywymi zakonnicami i mafiozem na czele, także bardzo chce się ich pozbyć z tego świata, każde w innym celu. Jedna, wielka komedia pomyłek, każdy każdemu wchodzi w paradę i bawi do łez. Powieść pochłonęłam błyskawicznie, napłakałam się ze śmiechu i zgorszyłam ludzi w środkach komunikacji, wybuchając tymże szaleńczym śmiechem w środkach komunikacji miejskiej oraz pracy. W pracy gorszyli się nieco mniej, gdyż pracuję w księgarni gdzie zawsze jest wesoło, ale jednak się gorszyli. Byłam za to dla klientów żywym dowodem, że ta książka jest fenomenalna i koniecznie muszą ją kupić. I kupili! Wracając jednak do treści, najbardziej podobały mi się ciągłe zwroty akcji, niebanalne postacie i mistrzowskie dialogi. Jestem zachwycona i nic na to nie poradzę. Stojąc w kolejce po autograf na moim niedawno nabytym egzemplarzu, byłam gotowa piszczeć jak typowa czternastolatka widząca swoich idoli, choć teoretycznie już mi nie wypada. Ale kto by się tym przejmował?
  Bardzo liczę na jakąkolwiek kontynuację losów rodziny Donków, z panią Basieńką i jej powidłami z mirabelek na czele. Mogą się znów mordować, a potem ratować cudze zwłoki, zamiast je dobijać, byleby w podobnym składzie i z podobną liczbą wybuchów.


3. Olga Rudnicka "Życie na wynos"

  Jest to kontynuacja "Granat poproszę", które było bardzo fajne, ale bardziej komediowo-obyczajowe (choć trochę nie mój humor) z wątkiem sensacyjnym, aniżeli kryminalne, niemniej jednak bardzo mi się podobało. Za to kolejna część jest już naprawdę świetna, a nie tylko bardzo fajna! Tu rzeczywiście mamy komedię kryminalną, od samego początku, gdyż Emilia Przecinek, roztargniona pisarka romansów, a zarazem główna bohaterka, znajduje w piwnicy trupa. Dwa razy, w dodatku tego samego! I sama niemalże obok pada trupem, obok, dla towarzystwa nóg w spodniach od garnituru i skórzanych butach. Okazuje się, że przy omdleniu uderzyła w coś głową i nie dość, że ma wstrząs mózgu, to jeszcze amnezję. Kompletnie nie pamięta nic, poza tymi nogami. Jakoś ciężko jej wyobrazić sobie, że to cały człowiek jest martwy, a nie tylko te nogi... Jednak tutaj jeszcze nie koniec rewelacji! Wcześniej teściowa Emilii, Jadwiga, łamię nogę, co unieruchamia ją na wózku inwalidzkim na kilka tygodni. Ale przecież dla dwóch staruszek to żadna przeszkoda i bez skrępowania bawią się w osiedlowy monitoring, co z czasem, wbrew pozorom, okazuje się bardzo przydatne policji. Te dwie harpie przecież widzą wszystko... Pojawia się nawiązanie do jednej z moich ukochanych książek Chmielewskiej "Wszyscy jesteśmy podejrzani". Rzeczywiście wszyscy byli. A w szczególności Wieśka. Na domiar złego, oczywiście morderca zabrał dokumenty swojej ofiary, czego efektem była bardzo długa nieznajomość personaliów denata. Ale czy to zniechęciło dwójkę funkcjonariuszy- Magdalenę Rzepkę aka Kolanko oraz Damiana Żurkowskiego, który uparcie nie chciał być strażakiem? Bynajmniej! Domyśliłam się, kto był mordercą, ale to raczej nie było trudne. Podejrzewałam go od momentu, w którym tylko poznałam jego powiązania rodzinne. Niemniej, brawa dla pani Olgi za stworzenie tak genialnych postaci. Muszę przyznać, że sama często czuję się Kropką, choć nie ukrywam, że roztargnienie i wyobraźnię mam raczej Emilii. Ot, taka bardzo rozsądna, poukładana i roztargniona hybryda ich obydwu. I bardzo dobrze się z tym czuję. Mistrzostwem świata są te słynne harpie i pterodaktyle- Adela i Jadwiga, najoryginalniejsze staruszki w kryminałach! Pod tym względem, to nawet panna Marple się chowa, jedynie Klementyna Kopp dorównuje bez problemu, choć zupełnie inaczej. Nie mogę się doczekać kolejnej części, bo jedna rzecz bardzo mi się nie podoba, a mianowicie zakończenie. Pani Olgo, tak się nie robi! Nie można tak kończyć książek, bo potem ktoś taki jak ja finalizuje czytanie o wpół do 4 rano i spać później nie może, bo ciąg dalszy nie daje mu spokoju...

4. Joanna Chmielewska "Wszystko czerwone"

  Tak, kolejna Chmielewska w tym zestawieniu, ale tego się przecież wszyscy spodziewali. I wszyscy spodziewali się tu również mojej kolejnej ulubionej książki Mistrzyni. We "Wszystko czerwone" przenosimy się z akcją do Danii, do malowniczej miejscowości Allerode, do domu najlepszej przyjaciółki Joanny- Alicji, trafiamy w samo centrum wielkiego zjazdu wszystkich możliwych ludzi i... morderstwa. W iście upiornej scenerii: wielki dom, taras, stół z jedzeniem, ludzie dookoła i czerwona lampa, dająca szkarłatny blask tylko na nogi, poniżej kolan... Zwrot "wszystko czerwone" będzie się pojawiał jeszcze wiele razy. I trupy. Ale takie, nie do końca martwe, a co. Morderca dybie na Alicję, a Alicja ma się świetnie! Wiele razy płakałam ze śmiechu i nadal płaczę, ilekroć otwieram tę powieść. Mój absolutny numer jeden, to pan Muldgaard, duński policjant, z polskimi korzeniami, mówiący po polsku ze swoją własną, autorską gramatyką i sformułowaniami iście staropolskimi. Mój ulubieniec: "Pan podrapano na głowa i pani Biała Glista ja takoż proszę won!". Miód na uszy! Szczerze się przyznam, że za pierwszym razem nie odgadłam mordercy. Za kolejnym to już inna sprawa, bo znałam całą akcję, teraz to wręcz na pamięć, więc to się już nie liczy. Ale za pierwszym razem... hohoho, mistrzostwo świata! Jedna z najlepszych książek Chmielewskiej.

5. Marta Obuch "Łopatą do serca"

   Moje pierwsze spotkanie z tą autorką, odbyło się poprzez opowiadanie zawarte w książce "Księgarenka przy ulicy Wiśniowej". Opowiadanie było świetne, zatem oczywiste było to, że muszę szybko sięgnąć po książkę tejże Pani. I sięgnęłam. Dopiero jednak na początku lektury zorientowałam się, że wcześniej wspomniane opowiadanie, było kontynuacją powieści, którą zaczęłam czytać... Cóż, mówi się trudno i żyje dalej. "Łopatą do serca" okazało się być naprawdę dobre, zabawne i zaskakujące. Główna bohaterka, Misia, dowiaduje się, że jej mąż trafił do aresztu, bo w tajemnicy przed nią trząsł świadkiem przestępczym, jako mafiozo. Żeby tego było mało, wprowadza się do niej "prawa ręka" jej męża, Igła. Misia kilka razy przez przypadek tłucze go łopatą lub młotkiem, jej przyjaciółka Zuza ratuje przypalone garnki, komisarz Marchewka robi do niej maślane oczy, jeżdżą po całym Śląsku, a dookoła szaleje diamentowa afera! Ciężko było mi przewidzieć, co zdarzy się na kolejnej stronie. Wiele zabawnych dialogów, zwrotów akcji i świetnych postaci. Muszę przyznać, że od samego początku Igła był moim ulubieńcem, choć cała reszta również została bardzo dobrze skonstruowana. Rewelacyjny pomysł na fabułę, a fragment z zezowatym słońcem- mistrzostwo świata! Na swoje nieszczęście, dotarłam do tego momentu jakoś w okolicach drugiej w nocy, więc jak ryknęłam śmiechem, to pobudziłam wszystkich domowników. Ale warto było!


Tym oto sposobem, dobrnęliśmy do końca. Niedługo pojawi się kolejna część, kto wie, może tym razem padnie na kryminały retro?

wtorek, 12 września 2017

Szatan z siódmej klasy

    W podstawówce byłam jeszcze na takim etapie życia, że rzadko sama z siebie sięgałam po jakąś książkę, czego do dzisiaj bardzo żałuję. Lektury jednak musiały być czytane, choć oczywiście, nie okłamujmy się, nie wszystkie. "Szatan..." należał do tych przeczytanych, a następnie nawet obejrzanych. I pokochanych. Czytałam go tylko raz, w piątej klasie i przez te wszystkie lata bardzo pragnęłam mieć swój egzemplarz, aby zatopić się w niego na nowo. I w lipcu tego roku nie dość, że się w takowy zaopatrzyłam, to jeszcze natychmiast pochłonęłam i zakochałam się na nowo, jeszcze bardziej.
   Jako osoba jeszcze młoda ale już dorosła, z wyrobioną opinią o świecie, szczerze przyznaję, że jest to jedna z najbardziej wartościowych książek, jakie przeczytałam w życiu, jednocześnie jedna z najpiękniej napisanych. Od wielu lat zachwycam się pięknem języka polskiego, ale międzywojenna polszczyzna to coś... coś wybitnego. Jest w niej magia, poetyka i tak niesamowite elegancja, że aż mi dech zapiera. Pan Kornel Makuszyński trafił w moją wymagającą, językową estetykę, jakby rzucał lotkami w samą 10 na tarczy. Chłonęłam każde słowo, każde zdanie z zachwytem i delektowałam się nimi. Treść, bardzo przyjemna i miejscami także zabawna, jeszcze bardziej to potęgowała. Najbardziej jednak urzekło mnie w tej powieści to, w jaki sposób na mnie, jako czytelnika, działała, mimo upływu 90 lat, odkąd została wydana. W swoim życiu czytałam wiele kryminałów i thrillerów oraz powieści detektywistycznych. Lepszych, gorszych, mocniejszych i słabszych. Głównie współczesnych. A mimo to, mając w rękach powieść Makuszyńskiego i przejeżdżając wzrokiem po tekście, czułam dreszcz emocji i to przyjemne napięcie. Minęło 90 lat, a nic się pod tym względem nie zmieniło, choć zmieniły się wszystkie inne względy. Jak dla mnie, tylko geniusze potrafią takie zabiegi, a ów autor niezaprzeczalnie nim był. Czytałam głównie w pracy (bo jako, że pracuję w księgarni, to gdy nie ma ruchu, to wręcz moim obowiązkiem jest czytać, aby potem dobrze doradzać) i chwilami całkowicie się wyłączałam z rzeczywistości. Był taki moment, gdy zostałam już sama, na wieczornej zmianie, nie było klientów, zatem usiadłam wygodnie na niskiej drabince i zatopiłam się w lekturze: Adam skrada się w ciemnościach do bandyty, aby mu się przyjrzeć i zajść od tyłu, czołga się po bagnistym terenie, przerażona panna Wanda czeka w krzakach, aby w razie czego wezwać pomoc. Adaś jest coraz bliżej celu, jeszcze tylko trochę... Ale bandzior jest szybszy i uderza go czymś w głowę, a Adam traci przytomność, Wanda krzyczy, zbir ucieka...! I w tym momencie pewien klient położył mi rękę na ramieniu, aby mnie o coś zapytać, a ja z wrażenia aż zleciałam z tej drabinki i dłuższą chwilę zajęło mi zrozumienie, co się właśnie stało. Starszy pan spojrzał tylko na mnie rozbawiony, pokiwał głową i powiedział, że gdy w młodości czytał "Szatana..." to reagował podobnie, gdy mama wołała go na obiad. Ufff. Sojusznik.
  Powieść przedstawia nam, czytelnikom, wspaniały obraz szczerej, bezgranicznej przyjaźni i oddania między tymi młodymi mężczyznami. Padają wyznania miłości, nieraz i nie dwa któryś kolega mówi Adasiowi, że go bardzo kocha. A najpiękniejsze jest to, że nie ma w tym żadnych podtekstów, jedynie ciepło, zaufanie i zwykła szczerość. Miłość braterska, szlachetna. Czysta. Przez całą treść towarzyszył mi bardzo nostalgiczny nastrój. Te czasy, gdy takie relacje były na porządku dziennym, mięły bezpowrotnie. Nie było mi dane ich poznać, zobaczyć, doświadczyć. Nie mówię, że przyjaźnie zawierane w aktualnych czasach są nieszczere (choć i takie się zdarzają), tylko po prostu przykro mi z powodu takiego obrotu spraw. Gdyby teraz młody chłopak powiedział koledze z ławki, że go kocha, tamten i cała reszta wzięliby go za geja i najprawdopodobniej skończyłoby się szykanowaniem i gnębieniem biedaka, który po prostu chciał powiedzieć przyjacielowi, że jest dla niego jak brat. Dużo i długo myślałam nad tym wszystkim, co niesie ze sobą ta książka, jaki ma wydźwięk dzisiaj, a jaki miał przez te 90 lat. Dzisiaj, znajomość historii XX wieku powoduje pewne refleksje. Akcja odgrywa się w roku 1937, czyli na dwa lata przed wybuchem drugiej wojny światowej. Kończy się szczęśliwie, ale... ale nachodzi mnie natarczywa myśl. Jak poradziliby sobie bohaterowie, gdyby istnieli naprawdę? Czy wszyscy przeżyliby wojnę? Walczyliby czy uciekali... a może stanęliby po stronie wroga? Czy uczucie Wandy i Adasia przetrwałoby wojnę...? Nie wiem. Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Wiem za to jedno: "Szatan z siódmej klasy" należy do pozycji, które powinien przeczytać każdy przynajmniej raz, niezależnie od wieku. Na tym zbiorze zadrukowanych kartek, pod pozorem powiastki detektywistycznej dla młodzieży, kryją się cenne wartości, takie jak przyjaźń, szczerość, oddanie, pierwsza miłość, odwaga, szacunek do starszych a także Nasza historia. Młodzi ludzie bardzo podobni do nas, a jednocześnie tak zupełnie różni. Każdy, niezależnie czy ma 9 czy 90 lat, znajdzie w nich choćby cząstkę siebie. Bo kto wie, może ktoś ją zgubił 40 lat wcześniej i myślał, że odeszła bezpowrotnie?

Florystka

   Minęło trochę czasu, a ja wciąż nie wiem, co napisać o tej książce. Bardzo wiele emocji we mnie wzbudziła i zarazem obudziła coś, co było uśpione od pewnego czasu. I niestety, tak miało zostać. Nie będę się rozdrabniać tutaj co to konkretnie było, bo to nie jest istotne dla recenzji. Ważny jest sam fakt.
  Sięgając po kolejną książkę Katarzyny Bondy, wiedziałam, że się nie rozczaruję. Zastanawiałam się jedynie, czy "Florystka" będzie lepsza od pozostałych dwóch tomów, czy nie. Jak zatem wypadła?

  Nie mam pojęcia, czy to definitywny koniec przygód Huberta Meyera, czy nie. Jedyne, czego mam pewność to to, że ta część była godnym zwieńczeniem serii.
  Nasz słynny psycholog policyjny popełnił błąd w profilu w ważnej sprawie i zakończył przez to swoją karierę. Rzucił wszystko jak leżało i wyjechał. Nie, nie w Bieszczady. Na Mazury. Do domu swoich rodziców, którzy w międzyczasie umarli. Sielanka? Nie dla Meyera. Pieniądze się kończą, nie ma co robić, a tu dodatkowo jeszcze dawna kochanka się pojawia... Wbrew pozorom, będzie cholernie istotnym ogniwem w całej sprawie, a nawet całej powieści. Lena to piękne imię, prawda? Hubert początkowo nie chce z nią współpracować, mimo, iż jej propozycja ma ręce i nogi, a nawet głowę, jednak pech lub szczęście, w każdym razie los chciał, aby tych dwoje zaczęło wspólną pracę. Jak to się skończy? Tego nie zdradzę. Główną zbrodnią w całej treści jest zaginięcie dziewięcioletniej Zosi, która ma cygańskie korzenie od strony matki. Nie ukrywam, to będzie dość ważne w sprawie (i jednocześnie bardzo ciekawe, bo Pani Kasia wprowadza nas trochę w kulturę tych ludzi i ich zwyczaje oraz tradycje). Dziewczynka chodziła do szkoły muzycznej, do klasy harfy- bardzo ważnego instrumentu dla powieści. Swoją drogą, jest to mój ulubiony instrument, planuję kiedyś zdobyć swój egzemplarz i nauczyć się gry. Od lat jestem zafascynowana jego brzmieniem, więc co za tym idzie- książka zaczęła mieć dla mnie także symboliczny wydźwięk. Podejrzaną w sprawie staje się pewna bardzo utalentowana florystka, którą wszyscy biorą za niezrównoważoną, gdyż jej syn kilka lat wcześniej został zamordowany, a ona twierdzi, że słyszy i widzi jego ducha. Jednak... czy byłaby wstanie porwać i zamordować inne dziecko? Czy słusznie jest podejrzewana? Co takiego ukrywa? Policja zaczyna łączyć ze sobą te dwie sprawy, w międzyczasie na światło dzienne wychodzi wiele mrocznych tajemnic rodziny dziewczynki... Czy słusznie? Sprawca bawi się z Meyerem w kotka i myszkę, zatem kto zwycięży? A może Hubert znów się pomyli...
  Cóż, nie zdradzę odpowiedzi na te pytania. Jeśli chcecie je poznać, musicie przeczytać "Florystkę". To naprawdę świetna książka, wnikliwa i dopracowana psychologicznie. Ukazuje nam obraz osoby chorej psychicznie, procesów, które zachodzą w jej mózgu, jej zachowania, postępowania i przede wszystkim- bystrości i inteligencji. Pokazuje, jak choroba wraz z predyspozycjami umysłowymi tworzy bombę, która po cichu, ukazując jedynie efekt końcowy, którym jest śmierć. Seria z Hubertem Meyerem zdecydowanie należy do jednej z moich ulubionych serii kryminalnych, a na chwilę obecną ostatnia z części zajmuje u mnie drugie miejsce. "Sprawa Niny Frank" podobała mi się trochę bardziej, ale ze względu na tematykę, a nie konstrukcję czy jakieś mankamenty "Florystki". Wszystkie trzy są równie dobre, na bardzo wysokim poziomie. Polecam.

środa, 28 czerwca 2017

Trzydziesta pierwsza

  Trzeci tom sagi o Lipowie.

 Kolejne spotkanie z twórczością Pani Kasi Puzyńskiej, kolejne spotkanie z policjantami i mieszkańcami Lipowa. I kolejne śledztwo do przeprowadzenia.

   W Lipowie nastał zimowy czas. Zbliża się Wigilia, wszyscy oczekują białego puchu z nieba, a temperatura jak na złość jest dość wysoka, jak na tę porę roku. Jednak mimo zbliżających się świąt, mieszkańcy czują niepokój. Lada dzień z więzienia ma wyjść morderca. Przez długie piętnaście lat nikt nie wypowiadał jego imienia, w końcu to przez niego zginęli dwaj policjanci, ojcowie Podgóskiego i Kamińskiego oraz jedyna policjantka z komisariatu wraz z siostrą... Ale czy aby na pewno to on był za to odpowiedzialny? Kłopoty mnożą się, gdy rodzeństwo ze Szwecji zaczyna grozić jednemu z mieszkańców, a w dawnej osadzie miejscowej sekty zostaną odnalezione zwłoki. Na domiar złego, nikt nie spodziewa się, że 23 grudnia zabójczy ogień zapłonie na nowo...
  W tej części nie było słynnej Klementyny Kopp. Nie było zmasakrowanego ciała, ani strzelanin. Jednak, nie ujmowało to ani trochę treści, a wręcz przeciwnie. Uwielbiam Klementynę, jednak miłą odmianą było poznanie Emilii Strzałkowskiej, która tymczasowo przeniosła się do Lipowa z Warszawy, aby zastąpić Marka Zarębę, któremu urodziła się córeczka. Okazuje się, że ona i Daniel znali się już wcześniej... Bardzo zaskoczyło mnie to, co Maria Podgórska i prokurator Czarnecki ukrywali przez te piętnaście lat, a co postanowili wyznać Danielowi. Nie spodziewałam się tego po nich, szczególnie przez opinię mieszkańców na temat Marii i posadę Jacka Czarneckiego. Jest to dowód na to, że niema ludzi kryształowych. Jak zwykle zachwyciła mnie narracja i ukazanie psychiki każdej postaci, jak zwykle podobały mi się dialogi i fabuła. A najbardziej opisy malowniczego Lipowa, które pod inną nazwą istnieje naprawdę. Na początku byłam odrobinkę zawiedziona, gdyż nie było żadnych zwłok, ale gdy tylko znaleźli szkielet, błyskawicznie mi przeszło. Cóż, nie ukrywajmy, najbardziej lubię krwawe trupy w kryminałach i makabrę. Ale ich brak nie czyni od razu książki złą, co to to nie. Bardzo podobała mi się poruszona tematyka sekt i opisy procesów, które zachodzą w ich wnętrzu, co nawiązywało do istniejącej kiedyś naprawdę, sekty Świątynia Ludu. Bardzo lubię takie smaczki, szczególnie, że tematyka mnie interesuje i trochę już na ten temat wiem.
  Generalnie, to ta część podobała mi się tak samo mocno, jak pierwsza. Jestem nią zachwycona! Gdzieś z tyłu głowy mignęło mi, kto może być mordercą, ale zignorowałam to. Epilog mnie szczerze zszokował i chwilowo uniemożliwił normalne funkcjonowanie. Długo o tym myślałam i choć skończyłam czytać tę powieść  jakiś czas temu, nadal to we mnie siedzi. Tak, jak i poprzednie książki tej autorki. Ma niesamowity talent do tworzenia pełnokrwistych postaci, które nie dają o sobie zapomnieć. Potrafi zgłębić się w ludzką psychikę i przedstawić ją na kartach historii mieszkańców tej pięknej, a zarazem mrocznej i tajemniczej wsi. Mistrzostwo i geniusz.

Żerca

    Trzeci tom wspaniałego cyklu "Kwiat paproci" Katarzyny Bereniki Miszczuk. I równie wspaniały, co "Szeptucha" i "Noc Kupały".

   Po wydarzeniach z Nocy Kupały, każdy bohater próbuje odnaleźć się w nowej sytuacji. Muszą pogodzić się ze śmiercią bliskiej osoby. Jaga i Gosia rzucają się w wir pracy, a Mieszko... Znika. Niby załatwić swoje sprawy, ale czy na pewno? Nie ma go już miesiąc, nie dał żadnego znaku życia...  Gosia odchodzi od zmysłów, co negatywnie wpływa na jej pracę. Jarogniewa nie jest z tego zadowolona i ostro poucza swoją uczennicę, choć doskonale ją rozumie. W Bielinach pojawia się nowy żerca- Witek i bardzo zbliża się do Gosi. Czy coś z tego będzie? Czy zapomni o Mieszku? A może wręcz przeciwnie, utwierdzi ją w uczuciu do niego? Gosia ma mętlik w głowie, a w dodatku w okolicy ktoś zaczyna polować na boginki i inne istoty stworzone przez bogów, a główne podejrzenia padają właśnie na nią... Czy Sława także będzie zagrożona? Czy może babska przyjaźń jednak zwycięży? Odpowiedzi poznacie po lekturze "Żercy". Jeju, tak długo na to czekałam! Jestem wprost zauroczona treścią i zdruzgotana zakończeniem. Czuję cholerny niedosyt, chcę więcej i więcej. Po raz kolejny Kasia zafundowała Nam wyśmienitą podróż do świata pełnego słowiańskich bogów, obrzędów, demonów i ziół. Do świata, o jakim marzę. Były łzy, był śmiech, było napięcie i wściekłość. Plejada wszelkich emocji. Niesamowite przeżycie. Jestem szczerze zakochana w tym cyklu!
   
   Cóż więcej mam dodać? To trzeba przeczytać, to trzeba przeżyć! Jestem niesamowicie ciekawa, jak się skończy ta historia, a jednocześnie zrozpaczona, że został jeszcze tylko jeden tom do wydania...
To jedna z najlepszych serii, jakie czytałam. I zdecydowanie najbardziej osobista.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Pan Lodowego Ogrodu- seria

  Kilka słów wyjaśnienia.
 To nie tak, że olałam bloga i zapomniałam lub mi się odechciało, więc naprawdę, nie trzeba pisać do mnie maili z pytaniem, czy kiedykolwiek pojawią się kolejne posty i czy żyję. Żyję i jakbym chciała to rzucić w cholerę, napisałabym o tym na 100%. Ale dlaczego mnie tyle nie było? Nie było mnie, gdyż postanowiłam pójść krok dalej z recenzjami i napisać o całej serii. A jak powszechnie wiadomo, aby o czymś mówić i to komentować, trzeba coś o tym wiedzieć. Przynajmniej w moim świecie tak jest. Zatem, mam za sobą 4,5 miesiąca walki z emocjami i kolejnymi kartkami kolejnych tomów. Teraz czas na recenzję. I...to najtrudniejsza recenzja w moim życiu.

  Obiecałam sobie, że nigdy nie zrecenzuję Wiedźmina. Nigdy, przenigdy. Dlaczego? Bo stał się ogromną częścią mojego życia, a nie zwykłą serią książek. Dzięki niemu poznałam miłość mojego dotychczasowego życia. Znacząco wpłynął na mój światopogląd i egzystencję. Zmienił cholernie wiele. Dlatego nie. 

  I tu robi się ogromny problem, gdyż "Pan Lodowego Ogrodu" podskoczył do tej samej rangi. 

 Sama nie wiem, co powinnam napisać. Sięgnęłam po tę serię całkowicie w ciemno, nie miałam pojęcia o czym jest, wiedziałam tylko kto ją napisał, że głównym bohaterem jest Vuko oraz, że owa seria jest w czołówce polskiej fantastyki. Uznałam, że muszę ją przeczytać, choćby dla zasady. I przepadłam.

  Cholernie nie lubię przez dłuższy czas czytać jednej książki, po czasie, który przekracza tydzień/półtora zaczynam się męczyć. Niezależnie od tego, jak cudowna jest ta książka, chcę ją szybko skończyć. I tu stało się coś niesłychanego- pierwszy raz w życiu czytanie jednej cegły przez trzy tygodnie (w przypadku obu pierwszych tomów) nie męczyło mnie. Ba, nawet starałam się nie czytać codziennie, aby dłużej to trwało. Tak bardzo ta historia stała się częścią mojej codzienności, że nie chcę jej kończyć. Nie chciałam i nie chcę nadal. Trzeci tom, to nieco ponad tydzień. Czwarty ponad miesiąc.
Ale zacznijmy od początku.

Tom I
  Jest sobie Vuko. Pół polak, pół fin, wychowany w Chorwacji, a co. Klnący na zmianę w 3 językach. Akcja zaczyna się, gdy jest wystrzeliwany w kosmos. Dlaczego? Ponieważ gdzieś w galaktyce odkryto planetę Midgaard, na której żyje rozwinięta cywilizacja (na poziomie średniowiecza) oraz istoty podobne do ludzi. W zasadzie ludzie, ale trochę inni. Przed dwoma laty została wysłana tam ekspedycja naukowa, która miała to sbadać. Jednak, od n czasu nie daje znaku życia... Vuko zatem dostał zadanie sprowadzić ich do domu i ewentualnie po nich posprzątać. I tu zaczynają się schody...
Po pierwsze, wszystkich całkowicie wcięło (no, prawie) i trzeba ich znaleźć. Bardzo wesoło. Po drugie, po ziemi chodzą wyjątkowo paskudne stwory. Miejscowi nazywają ich dziećmi Zimnej Mgły, która pojawia się nagle i zabija. Cóż. Równolegle do losów Vuka, poznajemy losy Filara- tohimona z Klanu Żurawia. Póki co, bez związku. Więcej fabuły nie zdradzę, ale powiem o czymś innym. Mianowicie, o humorze zawartym w książce. Błyskotliwy, inteligentny, ironiczny, typowo polski humor sytuacyjny. Sam główny bohater aż kipi sarkazmem. Kocham to. I uwielbiam jego konia Jadrana. Choć i tak moim absolutnym ulubieńcem jest kruk Nevermore drący się "Wynocha!". Nawiązanie do "Kruka" mojego mistrza, Edgara Allana Poego- miód na duszę. Zakończenie- szok absolutny. Całe szczęście, że już zawczasu wypożyczyłam drugi tom z biblioteki, bo chyba trafiłby mnie szlag.

Tom II
  Czarodzieja z Amsterdamu trochę za bardzo poniosła wyobraźnia z drzewem, ale Vuko sobie poradził, z niewielką pomocą jednookiego karła na ośle. A potem pojawiła się wróżka. Cyfral. Wesoło. Po lekturze tego tomu, czytałam jego recenzje na lc (recenzje po fakcie- brawo ja) i zdaniem wielu osób, jest to najgorszy i najnudniejszy ze wszystkich tomów. Nie zgodzę, gdyż według mnie, jest tak samo dobry jak pierwszy. Ale jeśli ten jest najnudniejszy, to boję się, co będzie dalej...
Ta część jest na pewno bardziej emocjonalna, niż pierwsza. Vuko wrócił do ludzi, którzy stali się mu jak rodzina. W momencie, w którym okazało się, że żyją- płakałam razem z głównym bohaterem. Byłam szczerze wzruszona. A, gdy uciekinier Filar i jego przyboczny Brus cierpieli, ja cierpiałam z nimi. Były to bardzo ciężkie do zniesienia sceny. Bardzo. I mówi to osoba, która po lekturze najkrwawszych thrillerów śpi spokojnie... Losy dwóch bohaterów jeszcze się nie splatają, jednakże następuje subtelne nawiązanie do wydarzeń, które następują w miejscu, w którym żyje, co jest na plus. Więcej nie napiszę, bo za dużo spojlerów.

Tom III
   Akcja, akcja i jeszcze raz akcja! Ten tom jest najkrótszy, co pewnie jest powodem tego, że na każdej stronie coś się dzieje. Zostaje poruszony trudny i ważny temat niewolnictwa, tohimon wraz z Benkejem zbliżają się do celu, ale nadal są bardzo daleko. Jak już czytelnik ma wrażenie, że pokonają wszystkie przeciwności, bo jak już to im wyszło, to teraz wszystko się uda, a potem... a potem dzieje się coś, co przekreśla wszystkie nadzieje. Wydaje się, że z tej sytuacji niema wyjścia. Co nastąpi potem, to dowiecie się z książki. Dodam jeszcze tylko, że w tej części wreszcie dowiadujemy się czym jest tytułowy Lodowy Ogród oraz, że pod koniec powieści losy Vuka i Filara splatają się w bardzo nieoczekiwanym momencie.

Tom IV, ostatni.
   Prawie 900 stron końca całej, wspaniałej historii. Vuko i reszta Nocnych Wędrowców wracają do Doliny Naszej Pani Bolesnej, aby odzyskać kompana jednego z nich oraz porwać samą Panią Bolesną. Jednak, drogę krzyżują im Węże i porywają nie dość, że ją, to także Filara. No cóż, znów niewola, przemoc i odsiecz. Czy to się uda? Może tak, może nie. Potem i tak będzie coraz bardziej niebezpiecznie. Dochodzi jeszcze jedna osoba do wyeliminowania, kolejny wróg- Szkarłat. Choć pojawił się już wcześniej, teraz jest blisko. Za blisko. Czy Lodowy Ogród to takie bezpieczne miejsce, jakby się zdawało na pierwszy, a także drugi i trzeci rzut oka? Czy wszyscy Wędrowcy przeżyją starcie? Kto wygra wojnę? Niesamowite zwroty akcji, dreszcz napięcia i oczekiwanie- co będzie dalej!? Ile ja nocy przez tę książkę zarwałam, to ja nawet nie zliczę. Tak cholernie nie chciałam jej kończyć, że w międzyczasie pochłonęłam dwie inne. Ale cóż, koniec nadszedł. Nadeszła Wojna Bogów, o której wszyscy gadają. Czy przyniesie martwy śnieg? Czy Vuko zdoła ocalić przyjaciół i pokonać Czyniących? Nie zdradzę. Na samiuśkim końcu zrozumiałam, kto jest prawdziwym Panem Lodowego Ogrodu i kto w zasadzie, był nim od początku, choć sam o tym nie wiedział. Koniec serii przyniósł mi okropną pustkę i kaca. Aktualnie, próbuję, jak zwykle, zapchać to Chmielewską, ale nie jestem pewna, czy i tym razem się uda. Ech. Z całego rozbitego serca liczę na jakąkolwiek kontynuację. Potrzebuję jej do życia.

 Kilka słów o całej serii:
Po pierwsze, zaskoczyła mnie tu jedna rzecz. Mianowicie, najsubtelniej opisane sceny seksu, na jakie trafiłam w literaturze. Autor zrobił to z ogromną finezją i ujął mnie tym całkowicie.
Po drugie, każdy z bohaterów jest inny, każdy wyrazisty. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, pełnokrwisty. Bardzo chętnie poszłabym z nimi wszystkimi, z Nocnymi Wędrowcami, na piwo. Ziemskie piwo.
Po trzecie, cała seria wypchana jest informacjami technicznymi na temat broni, widać dużą wiedzę Grzędowicza.
Po czwarte, opisy krajobrazu są bardzo plastyczne, a nie płaskie, aczkolwiek nie są nadmiernie rozbudowane. Dokładnie opisują świat, ale nie nudzą i nie nużą przy tym, nie ma tam ani jednego słowa za dużo.
Po piąte, język ujął moje serduszko. W szczególności ten, w wykonaniu Vuka. Sposób formułowania zdań, ironiczny humor, fińskie przekleństwa. Poezja! Na co dzień nie przeklinam i nie lubię, jak ktoś przy mnie przeklina, jednak w książkach ani trochę mi to nie przeszkadza. Szczególnie w innym języku.
Po szóste, wiersze Mai Lidii Kossakowskiej, żony Jarosława Grzędowicza, zaczynały wiele rozdziałów. Pióro Kossakowskiej jest mi znane i bardzo lubiane, więc bardzo miło było poznać jej twórczość także od strony wierszy. Jak najbardziej na plus. Niektóre z nich wyjątkowo mi się spodobały, między innymi "Pieśń Braci Drzewa", która pojawiła się pod koniec IV tomu, w okolicach oblężenia Lodowego Ogrodu.
Po siódme, świat przedstawiony w serii, jest jak dla mnie bardzo spójny i ciekawy. Opisy kultury tamtejszych ludów, różnice w przedstawicielach różnych ludów, to wszystko było bardzo realistyczne i sensowne.
Po ósme, nie jest to typowe fantasy, ani typowe science fiction. Jest to mieszanka jednego i drugiego, tworząca coś, czego wcześniej nie spotkałam, a w czym zakochałam się bez pamięci.
Po dziewiąte, cała ta seria obudziła we mnie bardzo wiele przemyśleń co do wpływu religii na życie człowieka i jak miejsce urodzenia oraz status społeczny, mogą wpłynąć na postrzeganie świata.
Po dziesiąte, więzi i emocje zawarte w powieściach są bardzo wyczuwalne, wręcz chwilami namacalne. Słowa rażą wściekłością, rozpaczą lub szczęściem. Czujemy bezsilność, czujemy ból po stracie przyjaciela, czujemy radość z odnalezienia rodziny. Tak, to już nie tylko 4 książki z gatunku fantasy. W moim odczuciu, to sztuka, bo to, co autor tu stworzył, to istny majstersztyk i tyle mam do powiedzenia. 

wtorek, 29 listopada 2016

Romans wszech czasów

I kolejna Chmielewska!

 Jej książki to mój osobisty lek na całe zło... Bardzo skuteczny.

 Ta historia zaciekawiła mnie bardzo, ze względu na kolejnego "blondyna życia", który pałęta się po życiorysie Joanny. Jednak tym razem zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, trochę większe niż w przypadku innych blondynów życia, o których była mowa w innych powieściach tej autorki. Jako, iż jest to jedna z jej pierwszych książek, spodziewałam się tego, co najlepsze. I dostałam nawet z nawiązką!
  Joanna, jak to Joanna, oczywiście musiała się w coś wpakować. Tym razem zepsuła samochód wjechawszy nim w jakieś bagno, w dodatku w lesie, co zmusiło ją do przemieszczania się po mieście komunikacją miejską, w której ujrzała swojego blondyna... Widząc go, ubzdurała sobie, że powinien być dziennikarzem, mieć na imię Marek i być żonaty, z kobietą niezwykle piękną, która go nie kocha i nosi czarne włosy, gładko zaczesane w kok. Cóż, jak się później okazuje, niewiele się pomyliła... W trakcie jednej z takich podróży, dostrzega innego mężczyznę, który uparcie się jej przygląda rozanielonym wzrokiem. I przez kolejne 2-3, wszędzie go spotyka. Aż wreszcie, ów rozanielony osobnik, odważył się do niej podejść, przy męskich gaciach. Dlaczego akurat przy gaciach, tego nawet sama Joanna nie wiedziała. Została zaproszona na kawę w celu wyjaśnienia ciągłego wpadania na siebie. I się zaczęło... Okazało się, że w grę wchodzi iście płomienny romans, między tymże osobnikiem, a niejaką Basieńką, mającą męża potwora, który jest kryształowym obywatelem, jednakże nie chce jej dać rozwodu. Jak się okazuje, Joanna z przekrzywioną peruką i rozmazaną szminką wygląda zupełnie jak Basieńka, stąd rozanielony wyraz twarzy amanta, który był święcie przekonany, że widzi swoją ukochaną, jednak szybko zorientował się, że to nie ona, tylko inna osoba. Opowiedział historię ich miłości Joannie i złożył jej niecodzienną propozycję... Mianowicie ten pan musi wyjechać służbowo, a żyć nie może bez swojej Basieńki, dlatego chce zabrać ją ze sobą, ale nie może, bo mąż jej nigdzie z kochankiem nie puści i detektywów na nią nasyła, a tego rozwodu i tak jej nie da, więc czy może Joanna by się zgodziła udawać ją przez trzy tygodnie, przed jej mężem, za sumę 50 tysięcy złotych...? Podobno miałaby tego męża prawie nie widywać i z nim nie rozmawiać, bo prowadzą ze sobą wojnę od dawna, sypiają osobno, jedzą osobno, czas spędzają osobno, tylko pracują razem... A Joanna, jak to Joanna, oczywiście się zgodziła! Choć nie od razu. I gdyby wiedziała już wtedy, co z tego wyniknie, jej decyzja nie byłaby taka oczywista... W dzień, bez obaw mogłam się głośno śmiać, ale w nocy? W nocy tłumienie śmiechu podczas czytania przychodziło mi z niesłychanym trudem. Rudy debil za oknem i dialog o marchwi dla angorskich krokodyli z gburem, który przyniósł paczkę dla parszywego kacyka- mistrzostwo absolutne. Ale czego ja się innego spodziewałam po Mistrzyni, jak nie głośnych salw śmiechu i łez połączonych z bólem brzucha, tymże spowodowanych? Co się uśmiałam, to moje. I wyszło mi to nie tylko na dobre, ale i na jeszcze lepsze. W trakcie książki wyszło mnóstwo niedorzecznych sytuacji, które skutecznie ogłupiały bohaterów, a u mnie powodowały ataki wesołości. Szczególnie, w przypadku zawartości paczki dla kacyka... Sama postać blondyna życia również była intrygująca i pozostała taka do samego końca, szczególnie, gdy latał w Sopocie za tą idealną heterą z krzywymi paznokciami u dłoni... Szczególnie, gdy w grę wszedł przemyt dzieł sztuki, o czym Joanna postanowiła donieść na milicji, która patrzyła na nią jak na skończoną wariatkę, słysząc jej historię... I jak się okazuje, słusznie! Choć właśnie to wariactwo po raz kolejny pomogło w rozwiązaniu sprawy i nie wiadomo, czy bez niego także by się to udało.
 
  Podsumowując, mam kolejną ulubioną książkę. I to chyba wystarczająca rekomendacja, aby jak najszybciej po nią sięgnąć i wciągnąć się w wir szaleństwa, w obcym domu, w przebraniu, udając jakąś babę wraz z Joanną, prawda?

niedziela, 27 listopada 2016

Noc Kupały

  Tyle miesięcy czekania...
Aż nadszedł 23 listopada, dzień premiery. I mam! I po trzech tygodniach książkowego kaca po lekturze "Tylko martwi nie kłamią" Bondy, pochłonęłam w jeden dzień...

  Jako iż jest to kontynuacja mojej ukochanej "Szeptuchy", czyli drugi tom cyklu "Kwiat paproci", to wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Nie wierzyłam, że ta książka może mnie zawieść. I nie zawiodła, o nie. A nawet dała więcej, niż się spodziewałam.

  Wielkim plusem jest to, że drugi tom zaczyna się w momencie, w którym kończy się pierwszy, w tej samej scenie. Kolejnym olbrzymim plusem jest rozbudowanie wizji Gosi, dzięki którym dowiadujemy się więcej o Mieszku i jego życiu. No i pojawia się Ote... Cóż, nie będę ukrywać, że mocno namiesza. Między kochanków wedrze się chorobliwa zazdrość i potrzeba posiadania drugiej osoby na własność. Jednak... czy pokona to miłość? I czy... czy to w ogóle jest miłość? To pytanie wielokrotnie będą musieli zadać sobie Gosia i Mieszko. W tej części poznajemy lepiej także szeptuchę Jarogniewę i Mszczuja. Poznajemy lepiej ich przeszłość, zaczynamy rozumieć postępowanie. Zatracamy się w akcji, która przyspiesza na każdym kroku. Pojawiają się nowi bogowie, trwa walka o kwiat paproci, a Kupalnocka tuż tuż... Robi się niebezpiecznie. Bardzo niebezpiecznie. Gosia może stracić życie przez zaufanie niewłaściwej osobie. Pojawiają się fanatycy bogini Mokosz i kolejne nadprzyrodzone istoty. Wiele razy wstrzymywałam oddech. Wiele razy serce podchodziło mi do gardła w oczekiwaniu. Nie chcę, zdradzać, co się będzie w tej części działo, bo to mija się z celem. Cóż, słowiańskie bogi przemówiły, zatem powiem jeszcze tylko, że cholernie warto dowiedzieć się, jak potoczyły się dalej losy bohaterów "Szeptuchy" i sięgnąć po tę powieść.

  Z wypiekami na twarzy i ogromnym żalem, że tyle jeszcze czasu, czekam na kolejny tom. W przypadku "Szeptuchy" mówiłam, że to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam. Z czystym sumieniem "Noc Kupały" również będę nazywać takim mianem. Jestem zachwycona, równie mocno co wcześniej.

niedziela, 6 listopada 2016

Tylko martwi nie kłamią

  Druga książka Katarzyny Bondy, która wpadła w moje łapki.

 "Tylko martwi nie kłamią" jest drugim tomem serii z Hubertem Mayerem, psychologiem śledczym. Pierwszym tomem, "Sprawą Niny Frank" byłam oczarowana, zatem po tej części także spodziewałam się wiele. Czy się zawiodłam? O tym za chwilę.

   Na wstępie zacznę od tego, że treść tej książki uzupełniła niedopowiedzenia z poprzedniej, co pozwoliło mi bardziej docenić "Sprawę Niny Frank" i utwierdziło mnie w przekonaniu, że aby być w pełni nimi zachwyconym, trzeba przeczytać wszystkie. Najbardziej ucieszyłam się z wyjaśnienia (choć niedosłownego) zakończenia wyżej wspomnianej powieści, które skrytykowałam w recenzji o tejże książce. Konkretnie chodzi mi o ukazanie zdarzeń w alternatywnej rzeczywistości, co było dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Teraz na szczęście jest inaczej.
  Co do akcji- pierwsze kilkadzieścia stron dotyczących miejsca zbrodni, znalezienia ciała i całej procedury z tym związanej, w których poznajemy prokurator Weronikę Rudy i podinspektora Waldemara Szerszenia, którzy się ze sobą przekomarzają, nie wciągnęły mnie. Może dlatego, że nie było tam Mayera... Który jednak wreszcie się pojawił i sprawił dość komiczne wrażenie swoim ubiorem. Na wstępie zagiął panią prokurator, na której zrobił ogromne wrażenie, jednak okazało się, że Hubert nosi obrączkę, co zmieniło nastawienie Weroniki z przyjaznego na wrogie i zimne. I chyba właśnie dlatego tak bardzo ją polubiłam. Pani Bonda opisując przebieg znajomości tych dwóch postaci, mocno zabawiła się moimi emocjami. Kiedy już byłam pewna tego, jak teraz potoczą się ich losy, czy się do siebie zbliżą, czy nie- autorka zbijała mnie z tropu. Podobnie było z poszukiwaniem mordercy śmieciowego barona. Kiedy już byłam pewna, kto nim jest, na sprawę były rzucane zupełnie nowe światła i ta osoba przestawała pasować. Aby było jeszcze weselej, uwierzyłam mordercom z obydwu spraw, że są niewinni, bo dlaczego nie. Przecież na pewno się nie mylę! Byłam z siebie dumna, że tak szybko rozwiązałam tę zagadkę, że tak wszystko sobie ładnie poukładałam. A tu taka niespodzianka... A o jakich mordercach mowa?
1. Sylwester 1990-1991 r. zabójstwo bardzo bogatego Żyda na tle rabunkowym.
2. Majówka 2008 r. zabójstwo właściciela ogromnej, międzynarodowej korporacji zajmującej się śmieciami z POZOROWANYM tłem rabunkowym.
Co zatem było tym prawdziwym motywem? Kim był ów śmieciowy baron? Co miał na sumieniu? Co go łączy ze sprawą śmierci Żyda sprzed siedemnastu lat? Dlaczego obu zabójstw dokonano w tym samym lokalu? I co ma z tym wszystkim wspólnego dwudziestodolarówka? Wraz z przebiegiem śledztwa utwierdzamy się w przekonaniu, że tylko martwi nie kłamią, a żywi często przybierają maskę, chcąc zataić prawdę.
  Wiele zaskakujących zwrotów akcji, wiele szczegółów z życia bohaterów. Z każdą kolejną stroną coraz bardziej zbliżałam się do Weroniki, jednocześnie coraz lepiej rozumiejąc Mayera i coraz bardziej lubiąc Szerszenia. Jednak każde z nich zdenerwowało mnie przynajmniej raz, co sprawiło, że wydają się jeszcze bardziej realni. Bo przecież nikt nie jest kryształowy. Bardzo spodobał mi się także opis Śląska i ukazania jego warstw, różnorodności. Podobało mi się wplatanie gwary śląskiej w wypowiedzi, co dodawało autentyczności całości. Ogromny plus za to. Jednak pani Kasia wprowadziła też pewien manewr, który bardzo mi się nie podobał, a mianowicie- zakończenie. Nie tak wyobrażałam sobie koniec tego etapu w życiu bohaterów. Nie tak wyobrażałam sobie ich dalsze losy.

  Jak zatem oceniam? Wysoko. Nawet bardzo. I już teraz wiem, że po lekturze "Florystki", ostatniej części będę bardzo tęsknić za Mayerem i jego chłodem, jego rozterkami i uwielbieniem do piegów. Mimo, że zakończenie zagrało mi na emocjach, że mam kilkudniowego "książkowego kaca" i nie jestem wstanie zacząć żadnej nowej książki, to jestem pod pozytywnym wrażeniem. Dostajemy tutaj wachlarz rozbudowanych psychologicznie postaci, które grają z nami w swoją grę i nie możemy być w 100% pewni ich kolejnego kroku. W zasadzie, to niczego nie możemy być pewni. Nie możemy im ufać. Możemy jedynie chłonąć każde słowo i z wypiekami na twarzy i sercem w gardle czekać, co będzie dalej.

niedziela, 9 października 2016

Więcej czerwieni

  Drugi tom sagi o policjantach z Lipowa i okolic, drugie spotkanie z autorką. Jak zatem wypadło? Czy było równie emocjonujące, co pierwsze?

Na Poznańskim Festiwalu Kryminałów GRANDA miałam okazję spotkać Panią Kasię, zamienić z nią parę słów i przede wszystkim, posłuchać co ma do powiedzenia. Spotkanie wspominam bardzo dobrze i z miłą chęcią przyznaję, że jeszcze bardziej zbliżyło mnie do jej twórczości. Zatem chwilę później zabrałam się za swój już podpisany egzemplarz.

 Obezwładniający upał. Lato w pełni, krajobraz zastygły bez ruchu. Żniwa. I dwa ciała młodych kobiet. Już na samym wstępie dowiadujemy się od samego mordercy, że ciał było więcej, kilka lat wcześniej. Dowiadujemy się, że zależy mu na włosach ofiar i, że zabija tylko osoby z najstarszego na świecie zawodu. Dlaczego? Tego nie wiemy do samego końca.
  W tej części mamy styczność z ośrodkiem wypoczynkowym Słoneczna Dolina, Kliniką Pomocy Psychologicznej i Psychiatrycznej Magnolia, szkoła w koloni Żabie doły i samą kolonią Żabie Doły, której nie lubią mieszkańcy Lipowa i przede wszystkim- spędzamy czas wraz z Danielem i Klementyną na komisariacie w Brodnicy, a nie w rodzinnej wsi głównego bohatera. Poznajemy bliżej Klementynę Kopp. W pierwszej części była dynamiczna, bezkompromisowa, wyrazista, zapracowana, zimna, mówiąca z prędkością karabinu maszynowego. Brzydka, ale niezawodna- jak zwykła powtarzać. W drugiej części niby jest wciąż sobą, ale jednak... jednak coś jest inaczej. Poznajemy  g e n e z ę  jej zachowania. Jej osobowości. Poznajemy jej uczucia, rozterki, problemy, pustkę. Tęsknotę i ból po stracie. I nowe zauroczenie, którego komisarz Kopp nie umie znieść. "Jesteś komiczną, starą babą, Kopp!"- te słowa na długo utkwiły mi w pamięci. Stała mi się bliższa, niż jakakolwiek inna postać z tej serii. Daniel także jest wciąż ten sam, choć jakby trochę bardziej zagubiony. Zaczynają mu się problemy w związku z Weroniką Nowakowską, które dodatkowo komplikują trzeźwe myślenie w sprawie morderstw. Szczególnie, że ginie kolejna osoba. I jeszcze jedna. W dodatku podejrzany.
  Poznajemy tu także nadkomisarza Wiktora Cybulskiego, który jest znawcą wina i fanem wytrawnej kuchni z serami na czele, zawsze maksymalnie elegancki i elokwentny. Podejrzewa żonę o zdradę z dyrektorem szkoły. Czy ma rację? A może jego żona ma coś wspólnego z makabrycznymi mordami? Morderca igra. I z bohaterami i z czytelnikiem. Nikt go nie podejrzewa. Do czasu. Ja sama zaczęłam podejrzewać tę osobę późno, w dodatku nie do końca poważnie. Jednak ewentualność cały czas gdzieś była i z czasem przerodziła się w fakt i szczerą prawdę. Emocjonujące zakończenie, które nie pozwala odłożyć książki ani na chwilę, póki wszystko się nie ułoży. Przyłapałam się na tym, że przez prawie całą scenę w piwnicy wstrzymywałam oddech. Jednak więcej na temat zakończenia nie zdradzę.

  Po raz kolejny dostajemy rewelacyjną powieść z cholernie rozbudowanymi wątkami psychologicznymi, obyczajowymi zamkniętymi w konwencji klasycznego kryminału. Każdy ma coś do ukrycia, każdy ma swoje problemy i troski. Emocje. Nawet, najwięksi twardziele, których także niemało się pojawia w książce.

 Może i się powtórzę, ale to ponownie jedna z najlepszych książek, jakie czytałam i uważam za obowiązkową pozycję na liście każdego wielbiciela kryminałów. Chylę czoła po raz wtóry i już zabrałam się za trzecią część. I wiem, że mnie nie zawiedzie!

czwartek, 15 września 2016

Sprawa Niny Frank

 Bonda to, Bonda tamto, Bonda jest super, Bonda bla bla bla. A kim w zasadzie jest Bonda? 

  Otóż, Pani Bonda ma na imię Katarzyna i zajmuje się pisaniem kryminałów z Hubertem Mayerem, psychologiem śledczym w roli głównej. Do tej pory tylko o niej słyszałam, zresztą, wiele dobrego, ale nie miałam okazji zapoznać się z jej  s ł o w a m i, choć bardzo mnie korciło. Zatem sięgnięcie po "Sprawę Niny Frank" to była tylko kwestia czasu. 

I stało się. 

  Hubert Mayer jest świetnym śledczym, a jeszcze lepszym kryminologiem. Jednak jest w całości oddany pracy, co rzutuje na jego życie rodzinne i małżeństwo, które właśnie przeżywa absolutny kryzys i ma się skończyć rozwodem. Wiedząc o tym, szef wysyła go na "urlop" do Mielnika nad Bugiem- małej wsi przy granicy polsko-białoruskiej. Dlaczego? Ponieważ mieszkająca tam wielka gwiazda polskich seriali, Nina Frank została zamordowana i znaleziona w swoim domu. Zapowiadało się rutynowe śledztwo; podejrzany, który odkrył ciało był, jego odciski i ślady nasienia były, motyw teoretycznie był, przeszłość kryminalną miał... Zatem, co poszło nie tak? W zasadzie, to absolutnie wszystko. Zrobiła się z tego ogromna sprawa, którą cholernie ciężko było rozwiązać bez wręcz wcielenia się w ofiarę. Bez poznania jej jako osoby; nie tej sprzed kamer telewizyjnych i wywiadów, tylko tej, którą była we własnym domu, sama przed sobą. Kim była w poprzednim "życiu". Dlaczego zrobiła to, co zrobiła. Co wydarzyło się w jej przeszłości. Kto ją  s t w o r z y ł. Kobieta, jak się okazuje niejedną ma twarz... 
  Ukazuje się nam tutaj obraz prawosławnej wsi, której historia sięga czasów, gdy tereny te znajdowały się na terenie jednego, a nie dwóch państw. Ukazuje się nam tutaj obraz ludzkiej osobowości, na której wykreowanie się wpływa wiele, cholernie wiele czynników. Każdy ma coś, czego powinien się wstydzić, każdy ma jakąś słabość. I... każdy chciałby ukryć to, czego się wstydzi. Autorka rewelacyjnie kreśli postacie z krwi i kości, które tak jak i my, są podatne na wpływy innych; są wadliwe i po prostu ludzkie.

   Powieść czyta się błyskawicznie, nawet nie wiem, kiedy ją skończyłam. Język świetny, pomysł jeszcze lepszy. Byłam mile zaskoczona nawiązaniem do run nordyckich i mitologii celtyckiej. Chwilami jednak miałam coś w rodzaju odczucia chaosu, czy jakkolwiek by tego nie nazwać, jednak nie umniejsza to jakości treści. Raczej dodaje jej charakteru. Chociaż, zakończenie, czyli ukazanie świata przedstawionego w alternatywnej rzeczywistości nie było dla mnie do końca zrozumiałe, ale cóż, może po prostu jestem za mało wnikliwym czytelnikiem. Mimo to, książka jak najbardziej na plus, pierwsze spotkanie uważam za bardzo udane, w kolejce czekają kolejne powieści tejże autorki, którą teraz z czystym sercem i bez żadnego „ale” mogę nazwać jedną z lepszych polskich pisarek. 

poniedziałek, 5 września 2016

Lesio

  Ostatnio borykam się nie dość, że z brakiem internetu, to jeszcze z brakiem czasu i przede wszystkim- lenistwem w kwestii pisania. Dlatego czas nadrobić.
  
Dlatego znów Chmielewska. 

  "Lesia" zaczęłam czytać w zeszłe wakacje, jednak z powodu zmienności nastrojów na konkretne gatunki i potworna chęć milionowego sięgnięcia po sagę o Wiedźminie Pana Sapkowskiego (swoją drogą, mojego drugiego niekwestionowanego mistrza), "Lesio" szybko powrócił znów na półkę, choć przeczytałam ledwo dwadzieścia kilka stron. Cierpliwie jednak czekał, aż doczekał się kolejnego podejścia na wiosnę. Bezcenne były miny ludzi, gdy czytałam jadąc tramwajem, nie mogąc tłumić śmiechu. Jednak znów odłożyłam książkę, nawet nie pamiętam dlaczego. Jednak w sierpniu nastąpił wielki powrót! I przepadłam na dobre. I na jeszcze lepsze.

   Polska, lata 70. Lesio, tytułowy bohater jest architektem, którego wszyscy mają trochę za niedojdę, a który notorycznie się spóźnia do pracy. Personalna o imieniu Matylda co rano podtyka mu pod nos książkę spóźnień, a Lesia trafia dosłownie szlag. Wpada zatem na genialny pomysł, aby zamordować personalną, ponieważ przestanie się spóźniać jest w jego oczach niewykonalne... Inna kwestia czy cokolwiek z tego wyjdzie. Bieg wydarzeń, dialogi, niebanalne, wyraziste postacie i przede wszystkim humor- to aspekty tej książki, które sprawiły, że śmiałam się bardziej, niż kiedykolwiek w życiu. Bo, choć przeczytałam wiele książek, to z czystym sumieniem mogę uznać właśnie tę za najzabawniejszą. Zresztą, nie tylko ja. :) Generalnie to cały personel biura zaczyna uważać Lesia za wariata i trochę się go boją, ale jak mówią, szaleństwo jest zaraźliwe... W szczególności można to dostrzec podczas realizacji planu zespołu, aby napaść na pociąg i przechwycić rysunki i plany ośrodków turystycznych wysłane na konkurs przez znajomego jednego z pracowników. W szczególności, gdy kilka garbatych postaci rozpala ognisko na środku torów kolejowych na odludziu, a jeden z nich, biegnie po torach z pochodnią, centralnie przed pociągiem i w pewnym momencie gubi garb... No po prostu mistrzostwo! A później dołącza do nich Duńczyk, który bardzo się stara mówić po polsku, ale mu wychodzi kał basa, a cały personel do reszty przez to głupieje. Ale! Nie ma tego dobrego, coby na dobre nie wyszło. Wszyscy trafiają w inne miejsce w Polsce z zadaniem realizacji projektów. Ale i tu pojawia się problem, mianowicie burmistrz z ambicjami na uczczenie rocznicy zamknięcia lub otworzenia kopalni (tego nikt ostatecznie nie wiedział) za pomocą przedstawienia oraz matrycą z przedwojennymi planami kanalizacji, które były diabelnie potrzebne architektom, a on jej strzegł jak oka w głowie i za nic nie chciał oddać... Zatem to, co się potem stało i jak się dalej potoczyło, można się dowiedzieć tylko i wyłącznie sięgając po "Lesia". To po prostu trzeba przeczytać. 

   Na początku byłam zmartwiona tym czytaniem na raty, ale jak się okazało, moja babcia, która zaraziła mnie miłością do Chmielewskiej, również za pierwszym razem czytała w ten sposób. Odetchnęłam zatem z ulgą i z uznaniem stwierdziłam, jak świetnie został nakreślony przez autorkę obraz Polski z lat 70, gdzie PRL wręcz kwitł. Ta książka to idealny wybór na jesienną chandrę, złą pogodę, ciężki okres w szkole albo pracy, lub po prostu na chwilę relaksu i naładowania akumulatorów odpowiedzialnych za dobry humor.

czwartek, 14 lipca 2016

Najstarsza prawnuczka

  I znów Chmielewska.

    Każdy mistrz oraz mistrzyni, miewa w swoim życiu lepsze i gorsze momenty. Przed sięgnięciem po "Najstarszą prawnuczkę" zapoznałam się z opiniami na jej temat. Zdecydowana większość była niepochlebna. Gadanie typu "Mało Chmielewskiej w Chmielewskiej", "Flaki z olejem" i tak dalej. Jednakże, były również osoby oczarowane i zachwycone. A ja, jak to ja, najpierw muszę sprawdzić i poznać, nim ocenię, zatem ów książka towarzyszyła mi przez ostatnie kilka dni. A raczej nocy.

   Akcja zaczyna się w dwudziestoleciu międzywojennym, gdy Matylda postanawia napisać swój testament, a jej mąż Mateusz jej w tym przeszkadza. Ostatecznie dochodzi to do skutku, mija jakiś czas, oboje umierają, a testament musi pozostać zrealizowany. Wszystko jest jasne i zrozumiałe, syn dostaje to, córka to, wnuczki tamto i tak dalej. Każdy wymieniony z imienia. Poza jedną osobą. Najstarszą prawnuczką, której ma przypaść dwór w Błędowie i puzdro z pamiętnikiem prababci. Najstarszą prawnuczką okazuje się głupia, nierozsądna i lekkomyślna Hanna, która z własnej głupoty umiera w młodym wieku. Zaraz po niej najstarsza jest jej młodsza siostra Justyna- całkowite przeciwieństwo starszej siostry, ucieleśnienie największych możliwych zalet. Jednakże nigdzie nie można znaleźć ów pamiętnika. Mija wiele czasu i nic. Aż nadchodzi ślub Justyny, na który trzeba ugotować bigos. Aby tego dokonać, trzeba udać się do piwnicy po kapustę. Uczyniła to jedna ze służących i co zastała? Wielkie, czarne, piekielnie ciężkie puzdro, które przyciska beczkę z kapustą, miast kamienia. I tutaj następuje wielkie zamieszanie jak je zdjąć, bo strasznie ciężkie, skąd wziąć kamień na zastępstwo i tak dalej. A tu ślub jeszcze przecież! Ostatecznie wszyscy o tym zapominają, a Justyna wyjeżdża w długą podróż poślubną po Europie. Niedługo po powrocie, całą rodzinę zastaje druga wojna światowa. I tak ostatecznie do spadkowego dziennika, kobieta zasiada dopiero po 12 latach od otworzenia testamentu. Krótko przed rozpoczęciem lektury, najstarsza prawnuczka Matyldy, z Błędowa przywozi sekretarzyk Panny Dominiki, dalekiej kuzynki Matyldy, która pełniła rolę gospodyni w dworze. Znajduje wewnątrz mnóstwo rachunków oraz... pamiętnik. Zapiski zaczynają się w obu diariuszach w drugiej połowie XIX wieku. Poznajemy je przez 3/4 książki, w międzyczasie dowiadując się o codzienności rodziny Justyny i wszystkich wydarzeniach z tym związanych. Kogoś, kto nie jest zainteresowany historią choć w małym stopniu, lektura może śmiertelnie nudzić, gdyż jest dość monotonna, aczkolwiek bogata w smaczki z mojej ukochanej epoki. Główna bohaterka czyta to wszystko przez 25 lat, z przerwami, bardzo długimi chwilami, bo jak się okazuje, prababcia pisała jak kura pazurem, więc musiała to wszystko przepisywać, aby móc zapoznać się z całością. Okazało się, że Pani Matylda ukryła spadek po swojej babci, który był skarbem z czasów Napoleona... Dała Justynie wskazówki, jak go odszukać. Ale Justyna umarła i całą robotę z ponownym czytaniem obu pamiętników, szukaniem zaginionych kluczy, których zastosowanie wyszło wraz z tajemniczą korespondencją ukrytą w obrazie oraz odszukanie owego napoleońskiego spadku, przekazała swojej wnuczce Agnieszce. Owa wnuczka, studentka historii swoją drogą, związana ze studentem prawa, próbuje odzyskać dwór w Błędowie, po wojnie przejęty przez państwo, aby odszukać tajemniczy skarb, o ile jeszcze w ogóle istnieje... Ale na jej drodze staje Pan Pukielnik. Trzeci z kolei w dodatku, gdyż i jego ojciec i dziadek, lata przed nim o skarbie słyszeli i podstępem chcieli z Błędowa wykraść, za co między innymi Matylda zabroniła ich wpuszczać, czego Panna Dominika nie rozumiała, więc nie dotrzymała... I jak tak, jak wcześniej przez treści tych pamiętników, akcja była dość mozolna i monotonna (choć dla mnie, pasjonatki historii XIX wieku bardzo ciekawa), to jak po zakończeniu ich ruszyła z kopyta, tak w momencie, w którym dodarłam do trzeciego Pukielnika, to zrobiło mi się jednocześnie zimno i gorąco. Przepadłam bez reszty. Nagle poczułam, jakby to o moją rodzinę chodziło, o mojego ukochanego, skarb, który muszę odnaleźć osobiście. Nie mogąc się oderwać, rozszalała w emocjach, skończyłam czytać o 5 rano. Długo nie mogłam ochłonąć po lekturze. Ogarniało mnie jednocześnie błogie szczęście i żal, że w mojej rodzinie nie zachowało się żadne słowo pisane tego typu...

   W zasadzie, to minęła prawie doba, a ja jeszcze nie przyszłam do siebie. Nadal żyję całą akcją, myślę o niej, zastanawiam się co będzie dalej, jak życie się potoczy, ale także książka wpłynęła na moją teraźniejszość. Cudowny powrót do moich ukochanych czasów, w których szalenie mocno chciałabym żyć, postanowienie, że jeśli w przyszłości urodzę córkę- koniecznie musi mieć posag oraz natchnienie do pisania dla przyszłych pokoleń, aby mogły zgłębić historię w codzienny, przystępny sposób, a nie ten okropny, podręcznikowy. Zatem, chyba warto zapoznać się z treścią tejże powieści, prawda?

piątek, 8 lipca 2016

Porwanie

  Czas na moją mistrzynię!

   "Porwanie" było kilka lat temu moim pierwszym spotkaniem z autorką. I od tego spotkania rozpoczęła się ogromna miłość. Po czasie i przeczytaniu także jej wcześniejszych książek, szczególnie tych pierwszych, mam porównanie. I tak, uważam, że te najwcześniejsze powieści są najlepsze. Jednak... Jednak "Porwanie" jest inne. Jest równie dobre, jak poprzedniczki z wcześniejszych dekad. I nie jest to kwestia tylko sentymentu.
   Wyobraźcie sobie, że siedzicie we własnym salonie, we własnym domu, gracie w brydża ze starymi znajomymi, a nagle drzwiami i oknami wpadają antyterroryści twierdząc, że jest tu przetrzymywana osoba, która tak naprawdę nie istnieje, bo to Wasz pseudonim literacki... Sprawa nie jest jasna, lecz bardzo podejrzana. Ostatecznie Wy wraz z przyjaciółmi oraz dwoma przedstawicielami służb mundurowych po cywilu, spędzacie długie godziny przy stole zasypanym kartami, jecie wykwintne potrawy pokroju odgrzewanych mielonych oraz ogromnych ilości pierogów i spożywacie wszelakie napoje wysokoprocentowe, wytężając umysł w tej sprawie. Porywacze dzwonią z żądaniem okupu za Joannę Chmielewską grożąc, że odetną jej ucho, choć Joanna odebrała telefon... Kto zatem porwał kogo i dlaczego? Dialog z porywaczem o sałatce owocowej- mistrzostwo absolutne. Z biegiem czasu, dowiadujemy się kolejnych faktów, powiązań i od krawcowej, że Leszczyńska ma krótkie nóżki... Całe szczęście, jest także młoda Natalka Komarzewska, która jako nastolatka była bardzo wścibska i widziała jedną taką i jednym takim i doskonale pamięta szczegóły. Paweł ma brata przykutego do kaloryfera, czarnowłosa przyjaciółka Joanny z płomiennym charakterem lata za takim jednym, a inny palant za nią... I jeszcze jest Bolcio Skoczygaj, co pięknie zaczyna i nie kończy! Jak zwykle u mojej mistrzyni- plejada niebanalnych, wyrazistych postaci, które bawią do łez. Książka momentami zaskakująca i przez cały czas równie zabawna. Obfitująca w pomyłki i genialne pomysły bohaterów. Rewelacja!

  Jakiś czas temu wróciłam do niej, aby sprawdzić, czy nadal bawi tak samo. I wiecie co? Bawi nawet bardziej! Czytałam wiele niepochlebnych opinii, że mało Chmielewskiej w Chmielewskiej i tak dalej i tak dalej. Ale jak dla mnie, to bzdura. Kocham tę książkę i z całkowicie czyściutkim sumieniem polecam każdemu, nawet tym, którzy z kryminałami nie są za pan brat. Oto idealna okazja, aby podać sobie obie ręce, głowę, a nawet nogi. Nawet, jeśli krótkie...

czwartek, 7 lipca 2016

Szeptucha

  A teraz czas na coś, co nie jest kryminałem, tylko lekką fantastyką. Wybór padł na "Szeptuchę" Katarzyny Bereniki Miszczuk. Było to moje pierwsze spotkanie z tą autorką i pewnie się powtórzę, ale to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam!

  Akcja rozgrywa się w naszej pięknej Polsce, jest wiek XXI, jednakże... coś jest inaczej. Mianowicie, Polska nie przyjęła chrztu, górują wierzenia słowiańskie, a krajem nadal rządzi dynastia Piastów. Perfekcyjny scenariusz! Przynajmniej dla mnie, osoby baaaardzo związanej ze Słowiańszczyzną i w kwestii zamiłowania do tradycji, kultury, historii, ale także religii.
 Główna bohaterka- Gosława Brzózka, zwana zdrobniale Gosią, właśnie ukończyła studia medyczne. Czeka ją teraz roczny staż u szeptuchy, której zawód stoi na czele służby zdrowia. Wszystko byłoby super, gdyby... Gdyby nie to, że Gosia wierzy w antybiotyki, a nie w naturalne lecznictwo, jest ateistką i cała ta, jej zdaniem, szopka związana z obchodami świąt, którym towarzyszą wszelakie rytuały, są bezsensownym idiotyzmem. Jednak z biegiem czasu, wiele rzeczy się zmienia. Kobieta spotyka najprzystojniejszego mężczyznę, jakiego w życiu widziała. Zwą go Mieszko. Ma taki królewski profil... Lecz czy nowy znajomy naprawdę jest tym, za kogo się podaje? I co stanie się, gdy słowiańscy bogowie zechcą, aby Gosia w nich uwierzyła?
    Wartka akcja, która wciąga od pierwszych stron, świetny humor, dużo elementów zaczerpniętych z mitologii Słowian, niebanalne postacie i wiele świetnych, zaskakujących momentów. I wątek miłosny! Tyle, co ja się naśmiałam przy tej książce, to moje. Rewelacja. Jedynym mankamentem powieści jest to, że przez całą książkę jest mowa o Nocy Kupały, a akcja kończy się w Zielone Świątki... Cóż. Skręca mnie z niecierpliwości w oczekiwaniu na drugi tom, który ma ukazać się jesienią.
  Dla jednych "Szeptucha" jest infantylna, a dla drugich to absolutne mistrzostwo. Ale ja nie lubię w pełni sugerować się opinią innych i po przeczytaniu, z czystym sercem mogę stwierdzić, że to mistrzostwo. Czytało się lekko, przyjemnie i baaaardzo szybko. Jestem ogromnym śpiochem, który nienawidzi wstawać rano, a dla tej książki wstawałam przed budzikiem, aby móc jeszcze poczytać... To chyba właściwy argument, aby po nią sięgnąć, prawda? :)

wtorek, 5 lipca 2016

Motylek

  Tyle dobrego słyszałam o Katarzynie Puzyńskiej i jej kryminałach, że postanowiłam sprawdzić, w czym rzecz. W pourodzinowym zamówieniu pojawił się "Motylek"- debiut Pani Kasi. W połowie maja nadeszła jego kolej i w kilka dni pochłonęłam go z wypiekami na twarzy. Cóż za emocje wywołała ta książka!
   Akcja rozpoczyna się we wsi na mazurach o nazwie Lipowo. Wprowadziła się tam Weronika- młoda, piękna kobieta o płomiennych rudych włosach. Dopiero co rozwiodła się z mężem. Przez całą książkę śledzimy jej życie w nowym miejscu, spotykamy wraz z nią kolejne osoby, w tym czterech policjantów w wiejskiego posterunku oraz ich rodziny. Wszystko pięknie, wszyscy szczęśliwi, aż okazuje się, że nieopodal wsi ktoś rozjechał zakonnicę, a sprawą mają zająć się policjanci z Lipowa. Czy to był wypadek? A może morderstwo? Dlaczego sprawca uciekł? Czy porzucony samochód należał do niego? Z kolejnymi stronami, atmosfera staje się jeszcze bardziej gęsta. Okazuje się, że każdy ma coś do ukrycia, a wszyscy są podejrzani. Wszyscy, poza mordercą. Ale czy aby na pewno? Wkrótce ginie kolejna osoba. Nikt nie wie, co mogło łączyć ją z zakonnicą. No, prawie nikt...
Weronika zaczyna działać na własną rękę, co może skończyć się dla niej tragicznie. Na sam koniec pędzącej jak ekspres akcji, dostajemy zwalające z nóg zakończenie, które trzyma w napięciu do samego końca, bo jest aż tak cholernie zaskakujące.

Jak dla mnie- rewelacja. Jedna z najlepszych książek, jakie w życiu czytałam, a podobno kolejne części są jeszcze lepsze! Jak tylko je dopadnę w swoje łapki, na pewno o nich również napiszę.
Co tu dużo mówić, Pani Puzyńska nakreśliła pełnokrwistych bohaterów, którzy są bardzo bliscy, bo tak ludzcy, tak realni. Brawo! Do tego perfekcyjnie opracowana (i przede wszystkim dopracowana!) fabuła. Chylę czoło i biję pokłony za kawał tak kapitalnej roboty. Według mnie, obowiązkowa pozycja na liście każdego miłośnika kryminałów.